piątek, 23 lipca 2010

Krwawy południk


Krwawy południk to niekwestionowane arcydzieło literatury amerykańskiej, w którym upatruje się najlepszej powieści Cormaca McCarthy’ego. Po premierze nie było to jednak tak oczywiste. W 1985 książkę prawie pominięto w recenzjach, a żaden ze znaczących krytyków nie wyraził o niej swego zdania…

Sytuacja dziwna, szczególnie z tego powodu, że McCarthy miał już wówczas pewną pozycję na rynku i kilka znaczących nagród na koncie. Pora na zreflektowanie się, odkurzenie, przyszła w siedem lat później, kiedy w USA ukazały się Rączę konie. Książka odniosła duży sukces wydawniczy (ponad dwieście tysięcy sprzedanych egzemplarzy w pierwszym półroczu) oraz literacki (przyznanie autorowi National Book Award i National Book Critics Circle Award), przez co rozpaliła w czytelnikach chęć dogłębnego poznania twórczości McCarthy’ego. Zaczęto wracać do wcześniej opublikowanych pozycji, zaczęły pojawiać się spóźnione recenzje i analizy. Powrót do przeszłości okazał się bardzo owocny, ponieważ zilustrował jak wszechstronnym pisarzem jest McCarthy, jak zróżnicowanej tematyki się podejmował. Krytycy z zaskoczeniem zobaczyli, że tak naprawdę nie Rącze konie stanowią punkt zwrotny w karierze autora (są tylko długo oczekiwaną erupcją zainteresowania i pochwał, na które od dawna zasługiwał), a Krwawy południk, gdyż dokonał wyraźnego podziału na McCarthy’ego sprzed i po 1985 roku, kiedy zechciał zdemitologizować Dziki Zachód, wbijając kołek w popkulturową, westernową papkę.

Jako punkt wyjścia do opowieści posłużyły autentyczne wydarzenia z pierwszej połowy dziewiętnastego wieku w USA (masakry Indian oraz cywilnej ludności w Teksasie i przy granicy z Meksykiem). McCarthy, przygotowując się do pisania, odwiedził wszystkie miejsca pojawiające się w książce, nauczył się również hiszpańskiego. Podnosi to realizm, a także wzmaga wymowę, w ten sposób czytelnik dobitniej zdaje sobie sprawę z tego, że brutalność, gwałty i morderstwa są bardziej adekwatne dla ówczesnej Ameryki Północnej, niż potulna pomoc pielgrzymom, czy darmowa obrona jakiegoś prowincjonalnego miasteczka przez bogobojnych kowbojów. Zapewne bywało i tak, ale (znając ludzką naturę, która niczym nieskrępowana potrafi fluktuować w stronę złych, pierwotnych instynktów) trudno wierzyć wyłącznie w taki obraz, a nim właśnie Amerykanie karmili nas przez lata. McCarthy najwidoczniej dosyć miał zakłamania, użył więc dobrodziejstw talentu, aby ten mit zniszczyć, zakopać pod gorącym piaskiem, budując jednocześnie obraz „nowego” Dzikiego Zachodu, gdzie zło jest czymś odwiecznym i wszechobecnym, gdzie dobro (raz odrzucone) nie ma szans na wzrastanie.

Dlatego też Krwawy południk konstrukcyjnie przypomina biblijną parabolę. Mamy w nim delikatne rysy bohaterów, których przez większość czasu można rozpatrywać w kontekście dwuwymiarowym, treść jest bowiem pozbawiona wnikliwych opisów motywacji, a historia sporadycznie opuszcza płaszczyznę „tu i teraz”, niemal nie dostarczając retrospekcji. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nie wiemy o nich praktycznie nic, oglądamy tylko poszczególne czyny w czasie rzeczywistym, a nawet gdy to swoiste oderwanie od teraźniejszości schodzi na plan dalszy, trudno powiedzieć, czy przywoływaną przeszłość można traktować jako prawdziwą, ponieważ bliżej jej do legendy, bajania starców przy ognisku, niż faktycznego podania o losach postaci. Konstrukcja naprawdę zmyślna, szczególnie gdy przyjrzymy się fabule, która (jak to w przypowieści) jawi się banalnie, przez co czytelnik jest prowadzony jak po sznurku, od punktu A do punktu B. Z tymże co odważniejsi spróbują zejść z tej drogi, a poza nią czeka rozległa pustynia, pełna zła w czystej postaci i czyhających na bezbronny umysł fatamorgan.

Za jedne z takich mar uznać można Dzieciaka oraz sędziego Holdena. Na początku opowieść poznajemy z perspektywy tego pierwszego, towarzyszymy mu w podróży po ucieczce z domu od ojca alkoholika. Już wtedy widać, że tego nastolatka fascynuje niegodziwość, że woli przemoc od ciężkiej pracy. Z dnia na dzień zło zapuszcza w nim coraz mocniejsze korzenie, a pożywką stają się mniejsze i większe występki. Sędzia dostrzega to po pierwszym spojrzeniu na chłopca, dlatego też ich losy splatają się nierozerwalnie. Obydwoje trafiają do tej samej grupy najemników, gdzie „szlachetne” zadanie zabijania Indian zmienia się w pochód śmierci, czas terroru. Jeśli na początku oddział kierował się jakimiś zasadami moralnym, to pod koniec nie miał żadnych – liczyła się wyłączcie grabież, rozbój, gwałt, brutalność. McCarthy jest bardzo dosadny w prezentowaniu poszczególnych etapów zezwierzęcenia bohaterów i od momentu dołączenia Dzieciaka do najemników wprowadza ich (oraz czytelników) w stan na kształt amoku, w którym widać masakrę za masakrą, skalp za skalpem. Jest tego tyle i w takim natężeniu, że nie ma chwili wytchnienia, chwili oddechu na to, aby odświeżyć umysł, powstrzymać podchodzący do gardła żołądek, a nad wszystkim wciąż unosi się cień tajemniczego Holdena, który (niczym tlenek węgla) niepostrzeżenie wypełnia coraz większą przestrzeń historii, aby pod koniec, gdy przyjdzie czas stanąć twarzą w twarz z Dzieciakiem, zdominować ją, wznosząc na wyżyny metafizyki i biblijnej apokalipsy.

Zakończenie Krwawego południka sprawia, że zaczyna się przyjmować za pewnik nieuchronność Śmierci, która nie może być godna, ani dobra – jest odrażająca, obła i znajdzie nas wszędzie, aby wciągnąć w swój radosny, ekstatyczny taniec. Dociera wówczas do czytelnika świadomość, jak zmyślnym manipulantem jest McCarthy, jak przerażającą pułapkę zastawił na odbiorców, ponieważ demitologizowanie obrazu Dzikiego Zachodu było niejako maską, magnesem na ciekawskich, który w ostatecznym rozrachunku przyciąga nie w stronę prawdy historycznej, a głębszej (bliskiej istoty Boga) refleksji. Nie da się spokojnie zasnąć po takiej lekturze, nie da się już nigdy wyrzucić z głowy tego mechanizmu działania świata, który McCarthy obnażył i wyciągnął na światło dzienne poprzez swoją przypowieść, poprzez tę pięknie skomponowaną literacką symfonię, która wszystkimi dostępnymi sposobami opowiada o rzeczach ważnych, fundamentalnych. W ten sposób Krwawy południk jest nie tylko arcydziełem amerykańskim, ale i ogólnoświatowym.

6 komentarzy:

  1. Nie będę oryginalny i skopiuje swój post z Gotham Cafe...

    Na Cormaca natknąłem się przypadkiem na GWKC. Kilka osób zachwalało właśnie Krwawy Południk. Więc pomyślałem: w sumie czemu nie? No i poszedłem do księgarni...
    Bałem się trochę tej pozycji. Z kowbojami miałem do czynienia jedynie w postaci Rolanda i nie wiedziałem czego mam się spodziewać po "westernie". Lubię takie filmy ale z książką to co innego.
    Zacząłem czytać i szybko skończyłem ale nie dlatego, że porzuciłem lekturę a takiej przyczyny, iż pochłonąłem ją w tempie TŻW (chyba dobrze napisałem). Fenomenalny początek. Już od samego początku wyobraźnia pracuje na wysokich obrotach. Co prawda opisy krajobrazu nie są jakoś specjalnie rozbudowane ale jest to zaletą. Cormac nie bawi się w takie duperele. Od początku do końca mam twardy kawałek życia prosto z pogranicza Stanów Zjednoczonych i Meksyku.
    Nie chce za bardzo spoilerować ale można jasno powiedzieć, że ta książka jest z natury zła tak jak złą naturę przedstawiają jej bohaterowie bo nawet dzieciak, który można powiedzieć jest bohaterem z przypadku nie jest święty. Może i dzieciak jest z przypadku ale na pewno nie sędzia. To on gra tu główne skrzypce. Od samego początku powieści aż po sam koniec gdy rozwala swoim światopoglądem. Ale jak się tak zastanowić to jaki może mieć światopogląd zło? Zło? Świat jest zły i taki być powinien. Liczy się tylko wojna. To ona jest cnotą. Nie sprawiedliwość i podobne pierdoły. Sam sędzia jest złem w każdym calu. Co nie jest w stanie mu się podporządkować nie powinno istnieć. A szczególnie te cholerne "ptaki".
    Są książki, które cenie bardziej jak i pisarze, których prozę bardziej lubię czytać ale Cormac na pewno jest pisarzem, którego warto poznać lepiej poprzez lekturę innych książek. Sam w planie mam Drogę a później się zobaczy..

    OdpowiedzUsuń
  2. OO, dzięki za tak wyczerpujący komentarz! W sumie wszystko, co mieliśmy do powiedzenia na temat tej książki, zawarliśmy powyżej, więc powtarzać nie ma sensu ;-) Zgadzamy się oczywiście w kwestii tego, że Sędzia to esencja czystego zła i zarazem jedna z najbardziej frapujących postaci w historii literatury, a ostatnia scena z nim miażdży:-)

    Swoją drogą, ciekawi jesteśmy jak odbierasz bardzo dziwny Epilog - w niedługim czasie umieścimy pewne opracowanie, które przybliży trochę sens tego zakończenia :-)

    Do czytania "Drogi" i innych powieści CMC gorąco zachęcamy!

    OdpowiedzUsuń
  3. Cześć :)
    Skończyłem dzisiaj czytać KP (oczywiście zapraszam do siebie jeśli kogoś interesują moje wrażenia z lektury) i dopiero teraz zacząłem szperać po internecie za różnymi tekstami o tej książce. Czy to opracowanie odnośnie epilogu już "wisi"? Bo macie tu mnóstwo rzeczy i jakoś ciężko mi się zorientować, a bardzo mnie to interesuje.

    I takie małe sprostowanie - CMC zawsze pisze "dzieciak" z małej litery.

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej,

    ten tekst o epilog jeszcze nie wisi, jest długi, dwujęzyczny (hiszpańsko-angielski) i jego tłumaczenie potrwa, jakby co szukaj w dziale "Tłumaczone", tam to trafi w swoim czasie :-)

    Z dużą przyjemnością przeczytamy Twoje wrażenia z lektury :-)

    Pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki za odpowiedź, na pewno będę regularnie tu zaglądał.

    Co do moich wrażeń, spisałem je na swoim blogu, ale są zbyt długie, żeby je tu wklejać, a nie podejmę się streszczania tekstu, który sam w sobie jest streszczeniem (wniosek - wrażenia bardzo bogate). Dlatego zapraszam tutaj: http://oxbridgequadriviumtrivium.blogspot.com/2011/01/cormac-mccarthy-krwawy-poudnik.html

    OdpowiedzUsuń
  6. Lubimy bogate wrażenia, Twoją opinię skomentujemy zapewne w adekwatnym miejscu :)

    Pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń