czwartek, 30 września 2010

Strażnik sadu - fragment

Świt. Pola dymiące spod ławic mgły, drzewa białe jak kości. Szare zarośla, jakby metalicznie twarde wśród porannej wilgoci. Po przedniej szybie mknęły paciorki wody, więc Sylder włączył wycieraczki, a potem patrzył, jak opadają w powolnym geście błogosławieństwa, i właśnie przecierał szybę grzbietem dłoni, gdy prawa tylna opona głucho eksplodowała, miękko klapnęła o asfalt i auto stanęło.

Dopiero po fakcie zdał sobie sprawę, że pasażer mógł wcześniej chwycić rączkę lewarka, ale odczekał, aż on sam wyciągnie lewarek spod auta i mu go poda, każąc schować do bagażnika. Uzmysłowił też sobie, że tamten o ułamek sekundy pomylił się co do tego, ile jemu, Sylderowi, potrzeba czasu, żeby się schylić i uderzeniem nadgarstka wcisnąć dekiel z powrotem w felgę. Choć więc nie widział, co się dzieje z tyłu, ani nie dostał żadnego sygnału ostrzegawczego, zdążył zrobić półobrót i już zaczynał się prostować, gdy lewarek trafił go w ramię, przygważdżając do boku samochodu. Coś grzmotnęło tuż obok jego głowy w boczny płat nadwozia i ten moment także zapamiętał, ale dopiero później zorientował się, że musiała to być podstawa lewarka. Za drugim razem też nie zrobił uniku, lecz osunął się po drzwiach, kiedy tamten z rozmachem uderzył z boku (teraz Sylder już go obserwował), wybijając w blasze szczerbatą dziurę. Marion siedział na ziemi z głową opartą o drzwi, z ręką bezwładną jak złamane skrzydło i patrzył w górę — jeszcze bez oburzenia, tylko ze zdumieniem — na pochyloną nad nim postać. Lecz gdy pasażer wyrwał trzonek lewarka z przedziurawionej karoserii, Sylder podniósł rękę i mając wrażenie, że robi to bardzo wolno, położył dłoń na lewarku i tym samym powolnym ruchem zacisnął wokół niego palce. Pasażer spoglądał na niego z góry, a Marion w stopniowo wzbierającym świetle, które gromadziło się i zawisało między połyskiem lakieru auta a blednącym pyłem drogi, dostrzegł w jego twarzy strach, wryty w nią i wrośnięty jak fizyczna ułomność. Trwali tak przez kilka sekund — jeden na ziemi, drugi pochylony nad nim — i trzymali lewarek za oba końce, jakby znieruchomieli, podając go sobie z ręki do ręki. A potem Sylder wstał, wciąż tym lunatycznie spowolnionym ruchem, jak gdyby sam czas był już na wyczerpaniu, i zobaczył, że napastnik obraca się z mozołem, jakby poruszał się w cieczy gęstszej niż woda, z męczeńską powolnością. I wtedy lewarek padł skosem na ziemię, posłuszny dogorywającym siłom grawitacji, i wolno odbił się od drogi, wymknąwszy się Marionowi z ręki, nagle ciężkiej jak ołów, która uniosła się sztywnym łukiem, a palce rozcapierzyły się niczym obnażone kocie pazury i wbiły w wątłą szyję przeciwnika. Ten próbował rzucić się do ucieczki, ale nie oddalał się ani o milimetr, jak w koszmarnym śnie.

Nie wiedział, czy sam runął twarzą w dół, czy to tamten upadł, pociągając go za sobą. Leżeli na drodze, pasażer nosem w pyle, a Sylder na nim, przez chwilę nieruchomi jak odpoczywający kochankowie. Sylderowi przy każdym oddechu przebiegał skosem z ramienia do płuc jakby prąd, który pozbawiał go tchu. Nie przestając ściskać dłonią gardła tamtego, przesunął się nieco wyżej i szepnął mu na ucho:

No i co nic nie gadasz, skurwielu? Zapomniałeś języka w gębie?

Trząsł jego głową, ale pasażer nakrył ją obiema dłońmi i wyglądał, jakby bez reszty pochłonął go widok kamyczków nawierzchni. Sylder rozluźnił palce i przesunął nimi wśród fałd jego szyi, aż sięgnął krtani. Pasażer przez kilka minut nie reagował, a potem nagle przekręcił się na bok, splunął Sylderowi w twarz i spróbował się wyrwać. Sylder potoczył się razem z nim, a kiedy tamten legł na wznak, przygwoździł go i siadł na nim okrakiem. Ręka zwisała mu bezwładnie ze złamanego barku niczym powróz. Przesunął się do przodu i podłożył pasażerowi nogę pod głowę. Wyglądał przy tym jak zwalista pielęgniarka opatrująca rannego. Wepchnął potylicę leżącego w zgięcie własnej nogi, wyprostował rękę, po czym całym ciężarem i siłą docisnął szyję pasażera, którego bezkostna, zdawałoby się, twarz kilkakroć drgnęła, nie zmieniając jednak wyrazu: była wciąż tą samą gumiastą maską trwogi, niemą i niczego nie pojmującą. Żuchwa raz po raz opadała, ale nie jak na zawiasach, tylko jak gruda odpadków, wstrętnych resztek, rozsypująca się i osuwająca powolnymi fałdami na rozcapierzoną dłoń Mariona, który po chwili zdał sobie sprawę, że pasażer próbuje go ugryźć, i wydało mu się to tak zabawne, że parsknął chrapliwym śmiechem. W końcu tamten położył mu dłonie na ręce, a ich opuchnięte palce, pełznące po jego dłoni i nadgarstku, przypominały oseski oposa, które Sylder kiedyś widział, ślepe i różowe.

Długo tak go trzymał. Całkiem jakby człowiek wyciskał ropnia, pomyślał. Po pewnym czasie pasażer spróbował coś powiedzieć, ale z jego ust wydobył się tylko bulgot. Sylder przyglądał mu się z fascynacją, wręcz zahipnotyzowany, patrząc, jak tamten mruga powiekami i wywala język. Potem rozluźnił chwyt, a pasażer wytrzeszczył oczy.

O Jezu, wysapał. Panie Jezu, tylko mnie puść.

Sylder pochylił się i z twarzą przy jego twarzy powiedział półgłosem: Lepiej poproś kogoś, do kogo masz bliżej. I wtedy poczuł swój bark, widząc, że tamten właśnie tam patrzy. Kiedy wgniótł mu kciuk w tchawicę, zapadła się jak uschłe sitowie. Pasażer zdołał podnieść rękę i z zamkniętymi oczami zaczął go bić po twarzy i piersi. Sylder też zamknął oczy i wtulił twarz w ramię, robiąc unik przed coraz gwałtowniejszymi ciosami, które po chwili jednak spowolniały, aby wreszcie całkiem ustać. Kiedy Sylder podniósł powieki, pasażer gapił się na niego jak sowa, a z otwartych ust wystawał mu koniuszek języka. Marion rozluźnił chwyt i wtedy palce same mu się skurczyły, zwijając się w szponiastą łapę, podobną do martwego pająka. Usiłował ją rozewrzeć, ale nie mógł. Jeszcze raz spojrzał na leżącego mężczyznę i oto czas ruszył z miejsca, nadrabiając straty, żeby przywrócić wskazówkom wszystkich zegarów właściwe położenie.

Tamten nie żył może od kwadransa. Sylder chwiejnym krokiem podszedł do samochodu, usiadł na stopniu nadwozia i bez zmrużenia patrzył w mosiężne oko słońca, ociężałe i nierzeczywiste nad czerwonymi wzgórzami, póki nie stracił przytomności.

Fragment powieści Strażnik sadu Cormaca McCarthy’ego. Przełożył Michał Kłobukowski. Wydawnictwo Literackie 2010.

Recenzja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz