Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 listopada 2011

Suttree - recenzja

Znaleźliśmy się w osobnym świecie w świecie – tak wita Cormac McCarthy czytelnika w prologu powieści Suttree. Słowa te pozwalają oczekiwać kolejnej historii spokrewnionej z mitem, parabolą lub starczym bajaniem przy nocnym ognisku gdzieś na obrzeżach cywilizacji, gdzie zapach drzew jest zdrowy i mocny, zwierzęta nadstawiają uszu aby posłuchać, a natura wzdycha z aprobatą, gdyż wszyscy zebrani respektują ustalone przezeń prawa.

Czytelnik zaznajomiony wcześniej z pisarstwem McCarthy’ego nie powinien dać zwieść się przyzwyczajeniu, a tym bardziej pozwolić, aby domniemania, powstałe na podstawie opisu okładkowego, uśpiły czujność. Tym bardziej, że swoista inwokacja umieszczona na pierwszych kilku stronach wyraźnie ostrzega, zaznacza, że nieprzygotowanie będzie karane emocjonalnym rozszarpaniem, mentalną krzywdą i głęboką raną na duszy: Niżej w grotach upadłego światła sunie po bruku z kamienia na kamień kot, przypominający plamę płynnej czerni, jakby przyszytą do własnego gwałtownie odwróconego odbicia na ciemnej od deszczu ulicy i znikającą po chwili jako kot i kontrkot pośród spękanych murów. Daleko w dole rzeki widać słabą letnią błyskawicę. Nad zachodnim światem podnosi się kurtyna. Drobny deszczyk sadzy, martwych żuków i kosteczek niewiadomego pochodzenia. Publiczność siedzi w pajęczynie kurzu. W pustych oczodołach jednego z aktorów śpią pająki, a nad sceną jak mucha wisi to, co pozostało z powieszonego błazna: wahadło z kościotrupa w pstrokatym kostiumie. Po deskach tu i ówdzie przemykają czworonożne cienie. Przetrwają tylko prymitywniejsze, brutalniejsze formy życia.

Gdy zasiądzie się na tej osobliwej widowni, obejrzy pierwsze sceny spektaklu, natychmiast namacalne staje się wrażenie nierealności (nie dla wszystkich jednak odczuwalne, bowiem można tę powieść odebrać jako przykład prozy klasycznej, mocno zakorzenionej w otaczającym nas świecie, z soczystymi opisami, które przywodzą na myśl Ulissesa Joyce'a). Niby wydarzenia z Suttree’ego dzieją się głównie na terenach miejskich (Knoxville, stan Tennessee), ale miasto zdaję się niekonkretne, jakby nadmiar szczegółów przywołał mroczny sen lub zmorę, która dość że wypacza konstrukcję budynków, to na dodatek z większości zwyczajnych obywateli czyni swe dzieci-widma, które przemykają gdzieś na pograniczu pola widzenia. Prawdziwi zdają się wyłącznie pijaczkowie, bezdomni, przestępcy, transwestyci, których spotyka Cornelius Suttree.

Tytułowy bohater, również prezentuje się konkretnie, aczkolwiek nie jest w pełni odporny na rozmywanie. Pierwszy przypadek rozpuszczania w otoczeniu musiał nastąpić w kilka miesięcy przed rozpoczęciem opowieści, kiedy to Cornelius wiódł standardowe rodzinne życie. Bolesna świadomość zatracania się w codzienności, w uciążliwych powtórzeniach, mogła przecież stanowić bodziec do porzucanie takiego trybu życia (prawdziwej motywacji nigdy jednak nie poznajemy). W treści książki znaleźć można przynajmniej trzy inne sytuacje tego typu: najpierw w scenie wędrówki przez zalesione, górskie tereny, gdzie natura próbuje wchłonąć Suttree’ego; następnie w trakcie pracy przy połowie małży, kiedy to bohater staje się ofiarą czegoś na kształt normalnego zatrudnienia i ukradkowego związku z nieletnią; w końcu, gdy wiąże się z piękną prostytutką, walczyć musi z miastem i jego pokusami. Ze wszystkich starć wychodzi obronną ręką, ale piętno będzie nosił już na zawsze, na wieki zostanie symulacją człowieka poszukującego właściwej drogi, który od dawana zna właściwy wybór lecz mimo tego wciąż szuka, aby później uciekać z przerażeniem.

Z tego powodu Suttree aż skrzy się od twórczej inwencji: powtarzalność sytuacyjna praktycznie nie istnieje (jeśli już, to zazwyczaj wiąże się z zupełnie nowym aspektem), a ilość wyjątkowych, zapadających w pamięć scen robi olbrzymie wrażenie. Powinny zadziałać nawet na te osoby, które dotychczas zarzucały powieściom McCarthy’ego nudę. Natomiast, jeśli ktoś pozostałby jednak nieczuły na fabularne zróżnicowanie, może liczyć na mocne wrażenia dzięki wyrazistym bohaterom, wspominanym transwestytom, pijaczkom, bezdomnym, przestępcom. Właśnie oni jawią się jako ludzie z krwi i kości, poprzez swoją wewnętrzną siłę, złość, poczucie humoru, zawsze gotowi podjąć walkę, nawet gdy mróz na dowrze, a przeciwnik ma przewagę liczebną. Jedynie śmierć może ich powstrzymać.

Od pewnego momentu widmo kostuchy zaczyna wisieć (niczym kościotrupie wahadło) nad Suttree’em i jego znajomkami. Raz za razem czytelnik staje się świadkiem przypadkowej śmierci jednego bądź dwóch, a i sam Suttree kilkukrotnie wymyka się jej cudem z rąk (zazwyczaj poświęcając kogoś w ofierze). Jednakże danse macabre McCarthy skutecznie maskuje przed odbiorcą, czasami intensywnością wydarzeń bieżących, innym razem humorem. Już w powieściach W ciemność, Dziecię boże, Krwawy południk i To nie jest kraj dla starych ludzi kilkoma fragmentami udowodnił, że ma niesamowity dryg do puentowania wydarzeń, nadawania im absurdalnego wydźwięku – w Suttree jest to najsilniej wyrażone, szczególnie postacią Harrogate’a (polecam uwadze m.in. afekt do arbuzów albo pierwszą rozmowę z więziennymi klawiszami). Niemniej karygodnym błędem jest zaufanie polskiemu wydawcy i uwierzenie, że to powieść zabawna. Na tle dorobku McCarthy’ego owszem, ale biorąc pod uwagę jak bardzo specyficzny to twórca, należy mieć na względzie, że humor to tylko maska, pewne odroczenie bólu, który nadejdzie kilka akapitów dalej.

Przez większość stron dominuje melancholia, prawie namacalne cierpienie, co czyni z Suttree’ego powieść trudną nie tylko w warstwie stylistycznej, ale też emocjonalnej. Słowa i sceny dobierane przez McCarthy’ego z łatwością omijają systemy obronne, ośrodki wyższego rzędu, po czym dobierają się do człowieka od podstaw, rozkładając go na czynniki pierwsze, rozpoczynając rewolucję na poziomie cząstek subatomowych. Chciałoby się później móc wpasować w poprzednią formę, ale nie ma takiej możliwości, zakończenie i pewien pies-symbol zamykają drogę powrotną, niemal jak tytułowe czarne psy z powieści McEwana. Jaźń, która złoży się od-nowa, będzie czymś zupełnie innym, mroczniejszym – bardziej świadomym.

poniedziałek, 7 marca 2011

The Sunset Limited - recenzja

Rozpędzony skład nowojorskiego metra to idealne narzędzie samozagłady. Wystarczy zeskoczyć z peronu i nim się ktokolwiek zorientuje, organizm utraci ciągłość, tryskając na boki krwią, odciętymi kończynami i fragmentami mózgu. Ten finalny impakt ściera człowieka z powierzchni ziemi, dodając duszy dżule energii niezbędnej do wyrwania się z szarej doczesności. Potrzeba więc niesamowitej sprawności, aby spróbować zatrzymać skaczącego, a jeszcze większej, żeby pochwycić jego ducha.

W filmowej adaptacji The Sunset Limited, sztuki Cormaca McCarthy’ego z 2006 roku, wyzwanie podejmuje Black, który w ostatniej chwili powstrzymuje samobójcze zapędy White’a. Następnie obydwaj lądują w mieszkaniu tego pierwszego, gdzie staczają pojedynek, w którym stawką są nie tylko przekonania, wiara, filozofia, ale przede wszystkim dusza i jej predestynacja.

McCarthy mierzy się tutaj z najstarszym literackim motywem, ale jak przystało na wybitnego pisarza nadaje mu świeżości, ukazując, że tematyka to nadal aktualna, wymagająca nowych spojrzeń, dyskusji. Tommy Lee Jones jako reżyser doskonale pojął zamysł, co pozwoliło stworzyć film kameralny, skromny w epatowaniu środkami wyrazu, ale jednocześnie dosadny, urzekający nastrojem, siłą dialektyki i przejmujący aż do szpiku kości.

Największym atutem produkcji są dialogi, niemal zupełnie wierne literackiemu pierwowzorowi. Jeśli pojawiają się zmiany, to są kosmetyczne, przez co tekst jest jeszcze płynniejszy, bardziej hipnotyzujący, zniewalając w ten sposób widza na dziewięćdziesiąt minut, nie pozwalając na odwrócenie oczu, zatkanie uszu – nawet gdy oglądanie i słuchanie bolą. Duża zasługa w tym także gry aktorskiej, zarówno Tommy Lee Jones w roli White’a, jak i Samuel L. Jackson jako Black wypadają fenomenalnie. Już dawno nie widziałem kreacji tak zapadających w pamięć, tak świdrujących mózg aż po jego najgłębsze zakończenia nerwowe.

Bardzo dobrze sprawdza się również udźwiękowienie, co rusz słychać z różnych stron odgłosy żyjącego miasta, wykłócających się sąsiadów lub melodie natury. Zestaw dźwięków i nut jest zróżnicowany, podobnie zresztą jak formy ekspresji ekranowego duetu, co kontrastuje ze skromną, ascetyczną scenografią. Wrażenie oderwania od rzeczywistości zdaje się namacalne z każdą minutą spędzoną w tej mniszej celi (wszelkie przejawy obecności innych ludzi sprowadzają się właśnie do wspomnianych odgłosów), a potęguje ją wzrastający z minuty na minutę ciężar rozmowy, kaliber tematów.

Dobro, zło i obojętność tłoczą się na tych kilku metrach kwadratowych, każde spragnione przestrzeni, rozrastając się niczym nowotwór w trzewiach nieświadomego człowieka. Jednakże im dłużej trwa film, tym mrok rośnie w siłę, pochłaniając White’a i naznaczając Blacka. Finalny punkt rozmowy, kiedy postać grana przez Jonesa wyrywa się z marazmu i wygłasza porażającą zmysły tyradę na temat wizji nieba, religii i obecnego świata, to jedna z najbardziej przejmujących scen w historii telewizji – przemowa jest bowiem tak gorzka i prawdziwa zarazem, wysublimowana pod względem retoryki, że nie istnieją sensowne argumenty obalające tę wizję. White przemienia się w profesora ciemności, pochłania wszystko – Blacka, mieszkanie i widza, a zaszczuta jasność ucieka z piskiem.

Lecz to nie koniec. Nad brama do dantejskiego piekła widniał napis wzywający do porzucenia nadziei, nad drzwiami mieszkania Blacka nie widać żadnego nakazu, ale gdyby tam był, zachęcałby do jej zachowania. Fotony światła są bowiem wszędzie, kosmiczna ciemnia aż iskrzy od nich. Trzeba tylko umieć je dostrzec. Wymaga to specjalistycznego sprzętu i czasu, ale zawsze prowadzi do tego samego odkrycia – mrok nie jest pozbawiony blasku. Wobec tego pojawia się pytanie, o czyją tak naprawdę duszę toczyła się walka. Kto kogo miał uratować przed zgubą jednomyślności? Bowiem potyczkę na retorykę Black przegrywa, ale dzięki temu zyskuje coś więcej – otwarty umysł. I to dla niego świeci słońce.

piątek, 21 stycznia 2011

W ciemność - recenzja

Druga chronologicznie powieść Cormaca McCarthy’ego przenosi czytelnika w świat niedawno utracony lecz już całkiem obcy – w opustoszałe lasy, na zapylone drogi, do pominiętych przez industrializacje miast, gdzie ludzie żyją z dnia na dzień, a natura ustanawia prawa ostateczne.

Gdzieś pośród tych terenów, zdawałoby się poza czasem i przestrzenią, siostra rodzi swemu bratu syna, którego ten postanawia porzucić na pewną śmierć, zasłaniając się kłamstwem o rzekomym zgonie z przyczyn naturalnych. Kobieta (odzyskawszy siły po trudach porodu) odkrywa pusty grób, po czym wyrusza w samotną podróż, aby odnaleźć chłopca.

Pierwsze, co uderza po rozpoczęciu lektury, to zupełne oderwanie postaci od rzeczywistości – Culla Holme (brat) oraz Rinthy Holme (siostra) żyją na obrzeżach, daleko poza społeczeństwem, skazani na siebie i na zawieszone między nimi uczucie (akceptowane przez kobietę, a negowane, sprowadzone do wstydliwego popędu przez mężczyznę). Wizyta obcego, nawet w pobliżu obskurnego domku, wzbudza lęk, niepewność, co uwidacznia się w pierwszej scenie z druciarzem. Wyalienowanie było już obecne w Strażniku sadu, Dziecięciu bożym i Trylogii Pogranicza, ale nie w takich ilościach. McCarthy zdaje się potęgować je ze strony na stronę, umieszczając bohaterów w coraz trudniejszych sytuacjach, do których nikt ani nic ich przygotować nie mogło. Jednocześnie szczególną uwagę poświęca przyrodzie, zmieniającym się porom dnia i nocy, które bardzo często współgrają z nadchodzącymi wydarzeniami, będąc niejako zapowiedzią tragedii, które dotkną rodzeństwo oraz okoliczne miasteczka.

Miejsca odwiedzane przez brata i siostrę jawią się odrobinę realniejsze od nich samych, choć i tutaj doszukać się można zniekształceń: mieszkańcy przypominają aktorów, którzy bez zaangażowania odgrywają swoje role, a gdy nadciąga zmierzch, idą do domu, ustępując miejsca pustce, bezwzględnej naturze (widać to doskonale w scenie, w której Culla po wykopaniu grobu wraca do sklepu po zapłatę). Spotykani na trasie ludzie przypominają przez to biblijnych proroków, z którymi rozmawia się o rzeczach prostych, ale z drugiej strony ich wypowiedzi pełne są dwuznaczności interpretacyjnej, typowego dla autora mistycyzmu (świetny epilog ze ślepcem!).

Jeden z najciekawszych elementów powieści to skrupulatne budowanie nastroju. Począwszy od pierwszej strony z każdym zdaniem wzmaga się niepewność, a kolejne wzmianki o trzech mrocznych postaciach, przemierzających górzyste tereny w ślad za rodzeństwem, potęgują lęk, krystalizują na czole krople potu, a palce przyprawiają o delikatne drżenie. Crescendo tych uczuć pojawia się w trakcie spodziewanych konfrontacji, które można określić nie tylko mianem najbardziej przerażających u McCarthy’ego, ale i w historii literatury w ogóle. Gwarantuję, że nie da się tych scen, tych obrazów przenikających do szpiku kości, wymazać z głowy – zbyt misterne są.

Co ciekawe, McCarthy opowiada historię różnymi środkami wyrazu – brutalne sceny, plastyczne opisy przyrody, to zaledwie jedna strona medalu. Z drugiej mamy znamiona specyficznego poczucia humoru, które uwidacznia się, gdy Culla poszukuje pracy, w rozmowach prowadzonych przez Rinthy oraz w kilku innych fragmentach, kiedy to śmiech spontanicznie wydobywa się z krtani (szczególne brawa za scenę ze świniami!). Wisienkę na torcie różnorodności stanowi jak zawsze wysublimowany język, skorelowanie wydarzeń ze zmieniającymi się porami roku oraz bolesna tęsknota za prostym życiem w zgodzie z naturą, co autor podkreśla kilkukrotnie.

Wobec tego W ciemność to kolejne potwierdzenie, że Cormac McCarthy należy do czołówki współczesnych prozaików. Nikt inny nie potrafi bowiem snuć tak pięknych i jednocześnie porażających bajań o nieuchronności losu, o fatum wiszącym nad człowiekiem łamiącym prawa natury, która wszystko notuje i czeka na właściwy moment, aby zareagować, pochłonąć to, co dla grzesznika było cenne, jego samego zostawiając przy życiu, żeby czuł już na zawsze wypalone na czole piętno. Całość, jak zawsze, podana fantastycznym stylem, osiągającym szczyt poetyckiej lotności, przez co najkrótsze nawet zdanie to pełne niuansów dzieło sztuki. Ponownie też, szczątkowa fabuła stała się pretekstem do opowiadania o człowieku, o jego ułomnościach, małostkowości, egoizmie i popędliwości, które McCarthy uwielbia eksplorować, wyciągać na wierzch – aby poruszyć, złapać za serce, wycisnąć soki z duszy, która aż jęczy z bólu oraz masochistycznej rozkoszy.

czwartek, 14 października 2010

Strażnik sadu - recenzja

Noc. Zapomnianą przez boga drogą jedzie samochód, wypełniony po brzegi przemycaną whisky. Most. Huk pękającej opony. Poślizg. Krótki lot pojazdu wprost w rozszalałe wody. Rzeka. Toń zapełnia się nielegalnym alkoholem. Błaganie. Kierowca prosi o pomoc świadka zdarzenia.

Okazuję się nim nastolatek, który sprawdzał rozstawione w pobliżu wnyki. Po początkowym wahaniu rzuca się przemytnikowi na ratunek, wyciąga z wody i pomaga dotrzeć do domu. Mężczyzna z chłopcem zaprzyjaźniają się i nie wynika to tylko z obowiązku, z wdzięczności za uratowaniem życia, ale przede wszystkim z potrzeby posiadania namiastki ojca, substytutu syna. Ich losy cementuje umiłowanie do wytworów natury, do odrzucania praw ustanowionych przez człowieka.

Między tą dwójką nieustannie przewijają się inni bohaterowie, z czego na plan główny wysuwa się tajemniczy starzec, sprawujący pieczę nad zwłokami w pobliskim sadzie. Z tego powodu tok narracji w debiutanckiej powieści Cormaca McCarthy’ego przypomina ten wykorzystywany przez Williama Faulknera, a przybliżony motyw to pozornie tylko rzecz dla fabuły najważniejsza. Dzieję się tak dlatego, że wspólnych scen, ukazujących przyjaźń między chłopcem a przemytnikiem, pojawia się jak na lekarstwo. Znaczną objętość książki zapełniają fragmenty poświęcone tytułowemu strażnikowi sadu (i martwego ciała), a także te przybliżające dzikie zakątki stanu Tennessee, które część mieszkańców z satysfakcją eksploruje, poddając się ich władzy, nieopisywalnemu pięknu. Wszystko to sprawia, że wątek główny rozmywa się w gąszczu dygresji, które tworzą jakby odrębną historię, dalece bardziej skomplikowaną niż relacja dorastającego mężczyzny z mężczyzną dojrzałym. Tylko od czytelnika zależy, którym tropem interpretacyjnym pójdzie i czy potraktuje te elementy zupełnie osobno, czy też spróbuje je w jakiś sposób połączyć.

Zadanie niełatwe, ale wykonalne – trzeba jednak spełnić przynajmniej dwa warunki, aby tego dokonać. Po pierwsze nie można tej książki czytać w pośpiechu, konieczna jest tutaj powolność i spokój dookoła, w innym wypadku kamieniste ścieżki zostawione przez McCarthy’ego, skryją się za osłoną z gęstych krzewów na zawsze niezauważalne. Po drugie trzeba zdawać sobie sprawę, że Strażnik sadu to powieść zupełnie inna od tych dotychczas na polskim rynku wydanych (choć kilka zbliżonych zabiegów widać w Rączych koniach i Przeprawie) – nie ma w niej porażającego klimatu apokalipsy jak w Drodze, brak jest emocjonującego pościgu rodem z To nie jest kraj dla starych ludzi i Krwawego południka, brakuje także charakterystycznej dla autora brutalności, którą szczególnie eksponował w Dziecięciu bożym. Strażnik sadu to książka bardzo spokojna, momentami leniwa i choć zawiera sceny morderstwa i strzelaniny, to są one jakby na marginesie, jakby autor zapowiadał, że potrafi być dosadniejszy, ale ostatecznie zrezygnował z tego na rzecz innych aspektów. Należy więc podchodzić do debiutu McCarthy’ego z rozwagą – tyko wtedy uda się docenić dojrzałość i misterność tej powieści.

A bezwątpienia jest czym się zachwycać. Styl, podobnie jak w pozostałych powieściach autora, zniewala, a idealna równowaga między zdaniami krótkimi i długimi, okraszanymi fragmentami które przepełnione są liryką, budzi podziw tym większy, im więcej czasu poświęca się danemu akapitowi. Niewielu jest współczesnych poetów (a tym bardziej prozaików), którzy potrafią pisać w taki sposób, którzy znajdują cudowne słowa-wytrychy do ludzkiego umysłu, duszy. Jednakże Strażnik sadu nie tylko stylowo wzbudza uznanie. Gdy uda się połączyć wspomniane dwa tory opowieści, wówczas objawia się cała misterność McCarthy’ego, który (podobnie jak Faulkner w Kiedy umieram) rozbił historię na wiele drobnych kamieni, które po połączeniu tworzą zadziwiająco wielki diament. I jak Faulkner w ten sposób mówił coś ważnego o ludziach, tak McCarthy rozbudowuje to i ukazuję prawdę na temat relacji człowieka z naturą.

Nie sposób przejść obok tej powieści obojętnie, nie można się nie zachwycić jej pięknem, opiewaniem ulotności życia oraz jej żalem z powodu industrializacji. Całościowo Strażnik sadu przypomina przez to nie mit, nie przypowieść, ale coś na kształt wieczornego bajania starca przy kominku, który snuję swą opowieści o dawnych czasach, dawnych plemionach poddanych naturze i porom roku, o miejscach tak pierwotnych, że niemożliwych do wyobrażania, a przez to pięknych, realnych – już zaprzepaszczonych.

poniedziałek, 27 września 2010

Recenzja ekranizacji Drogi

Wersja audio recenzji

Viggo Mortensen i Charlize Theron w rolach głównych. Od pierwszych kadrów porażający nastrój opuszczenia, smutku, beznadziei, dopełniany przez muzykę i genialną scenografię. Arcydzieło McCarthy’ego w filmowej pigułce w końcu dostępne na DVD.

Premiera nadeszła jednak bez szumnych zapowiedzi, reklam i większej kampanii promocyjnej. Można by nawet powiedzieć, że dystrybutor potraktował ten film jak niechciane dziecko – wypchnął czym prędzej z siebie, robiąc przy tym jak najmniej hałasu, po czym pozbył się w pierwszym lepszym zaułku, niezainteresowany dalszym losem pociechy. Sytuacja niezrozumiała, zarówno dla wielbicieli prozy amerykańskiego pisarza, jak i dla miłośników dobrego kina, którym soczysty trailer spędzał sen z powiek. Sprawa dziwna tym bardziej, że w mediach zachodnich Droga zebrała bardzo dobre recenzje, które systematycznie przeciekały do prasy polskiej i były zgodne co do kwestii, że jest to kino na najwyższym poziomie i świetna ekranizacja zarazem.

Czy na pewno?

Klimat znany z książki uderza widza od pierwszych sekund. Po krótkim wprowadzeniu lądujemy w brudnym, szarym, zapylonym świecie, który nawiedził bliżej nieokreślony kataklizm. Widzimy ojca i syna, ich nędzę, zmarnowanie, zewnętrzne wycieńczenie. Jednocześnie rzuca się w oczy wyjątkowość tej dwójki – oto bowiem ludzie połączeni nierozerwalną więzią, stalową miłością rodzica do dziecka. Wydawałoby się, że wobec głodu i nieustannych lęków, takie uczucia nie mają racji bytu, ale jest wręcz przeciwnie – jawi się ono tym silniejsze, im okolica bardziej złowroga, a zapasów coraz mniej. Jest w nich coś, co stracili niemal wszyscy ludzie dookoła: wewnętrzny ogień dobroci, który pielęgnują i niosą przed siebie.

Teraźniejszość i przeszłość nie rozpieszczają głównych bohaterów. Z jednej strony towarzyszymy im w trudach codziennej wędrówki, a z drugiej obserwujemy, jak zmagają się z bolesnymi wspomnieniami. Szczególnie postać ojca silnie doświadcza tego dualizmu, ponieważ zdaje sobie sprawę z tego, co utracił. Doprowadza to do domniemania, że także przyszłość jawi się w kolorach szarości, co w dużej mierze potwierdzają wydarzenia na ekranie, które z minuty na minutę są coraz bardziej przytłaczające, dosadne, zabarwione brutalnością fizyczną i psychiczną. Pod tym względem ekranizacja Drogi to film doskonały – scenarzysta idealnie oddał tępo i esencję wydarzeń powieściowych.

W wykreowany świat pomaga zagłębić się nie tylko bezbłędnie dobrana ścieżka dźwiękowa, w dużej mierze skomponowana przez Nicka Cave’a, czy realistyczna scenografia (film w osiemdziesięciu procentach kręcono w plenerze, a większość ujęć CGI bazuje na prawdziwych fotografiach), ale przede wszystkim do bólu porażająca kreacja Viggo Mortensena. Z dodatków do Drogi można się dowiedzieć, że aktor głodował na potrzeby produkcji, sypiał pod gołym niebem i spędzał długie godziny na deszczu. Oddał się roli całkowicie, co widać w każdym kadrze, w każdej zagranej scenie. Dawno już nie uświadczyłem w kinie amerykańskim tak oszałamiającej kreacji człowieka cierpiącego, jednocześnie wypełnionego miłością i troską. Pozostali dorośli aktorzy spisali się niewiele gorzej, szczególnie fragment z Robertem Duvallem na długo zapada w pamięć.

Niestety niewiele dobrego można powiedzieć o Kodim Smitcie-McPhee, który nie udźwignął ciężaru roli. Starał się jak mógł, ale zbyt często wydawał się sztuczny, drewniano nijaki. Z tego powodu najważniejsza dla fabuły postać jawi się spłycona, zupełnie pusta w środku, a przecież nie tak to wygląda w pierwowzorze. Po filmowym synu niemal nie widać miłości do ojca, co ostatecznie potwierdzają końcowe sceny, gdzie wielką książkową rozpacz, zastąpiła delikatnie płaczliwa obojętność i tępa akceptacja. Ten mankament prowadzi do kolejnej wady adaptacji – spłycenia przesłania powieści McCarthy’ego. Motyw niesienia ognia, utrzymywania wewnętrznej dobroci, jest w niej wszechobecny, powtarzany praktycznie co scenę. Ekranizacja ograniczyła ten wątek do zaledwie dwóch porcji dialogowych, co sprawia, że widz może zapomnieć, o co w tej historii tak naprawdę chodzi i uznać podróż ojca z synem za bezsensowną.

Są to jedyne poważne zarzuty, jakie można kierować w stronę ekranizacji Drogi – pozostałe elementy, ze scenografią, aktorstwem Mortensena i muzyką na czele, wynoszą ten film naprawdę wysoko i pozostaje tylko przyklasnąć Johnowi Hillcoat’owi za zmysł reżyserski, brawurowe poprowadzenie produkcji, uchwycenie niemal wszystkich ważnych dla powieści elementów. Jest to faktycznie dzieło najwyższej próby, udana adaptacją jednej z najważniejszych powieści ostatnich lat. Pozycja obowiązkowa dla wielbicieli dobrego, inteligentnego kina, które podchodzi do tematu od zupełnie nowej strony, odrzucając efektowne sceny śmierci setek tysięcy ludzi na rzecz pokazania tego, co najważniejsze – potęgi uczuć, siły miłości.


piątek, 23 lipca 2010

Krwawy południk


Krwawy południk to niekwestionowane arcydzieło literatury amerykańskiej, w którym upatruje się najlepszej powieści Cormaca McCarthy’ego. Po premierze nie było to jednak tak oczywiste. W 1985 książkę prawie pominięto w recenzjach, a żaden ze znaczących krytyków nie wyraził o niej swego zdania…

Sytuacja dziwna, szczególnie z tego powodu, że McCarthy miał już wówczas pewną pozycję na rynku i kilka znaczących nagród na koncie. Pora na zreflektowanie się, odkurzenie, przyszła w siedem lat później, kiedy w USA ukazały się Rączę konie. Książka odniosła duży sukces wydawniczy (ponad dwieście tysięcy sprzedanych egzemplarzy w pierwszym półroczu) oraz literacki (przyznanie autorowi National Book Award i National Book Critics Circle Award), przez co rozpaliła w czytelnikach chęć dogłębnego poznania twórczości McCarthy’ego. Zaczęto wracać do wcześniej opublikowanych pozycji, zaczęły pojawiać się spóźnione recenzje i analizy. Powrót do przeszłości okazał się bardzo owocny, ponieważ zilustrował jak wszechstronnym pisarzem jest McCarthy, jak zróżnicowanej tematyki się podejmował. Krytycy z zaskoczeniem zobaczyli, że tak naprawdę nie Rącze konie stanowią punkt zwrotny w karierze autora (są tylko długo oczekiwaną erupcją zainteresowania i pochwał, na które od dawna zasługiwał), a Krwawy południk, gdyż dokonał wyraźnego podziału na McCarthy’ego sprzed i po 1985 roku, kiedy zechciał zdemitologizować Dziki Zachód, wbijając kołek w popkulturową, westernową papkę.

Jako punkt wyjścia do opowieści posłużyły autentyczne wydarzenia z pierwszej połowy dziewiętnastego wieku w USA (masakry Indian oraz cywilnej ludności w Teksasie i przy granicy z Meksykiem). McCarthy, przygotowując się do pisania, odwiedził wszystkie miejsca pojawiające się w książce, nauczył się również hiszpańskiego. Podnosi to realizm, a także wzmaga wymowę, w ten sposób czytelnik dobitniej zdaje sobie sprawę z tego, że brutalność, gwałty i morderstwa są bardziej adekwatne dla ówczesnej Ameryki Północnej, niż potulna pomoc pielgrzymom, czy darmowa obrona jakiegoś prowincjonalnego miasteczka przez bogobojnych kowbojów. Zapewne bywało i tak, ale (znając ludzką naturę, która niczym nieskrępowana potrafi fluktuować w stronę złych, pierwotnych instynktów) trudno wierzyć wyłącznie w taki obraz, a nim właśnie Amerykanie karmili nas przez lata. McCarthy najwidoczniej dosyć miał zakłamania, użył więc dobrodziejstw talentu, aby ten mit zniszczyć, zakopać pod gorącym piaskiem, budując jednocześnie obraz „nowego” Dzikiego Zachodu, gdzie zło jest czymś odwiecznym i wszechobecnym, gdzie dobro (raz odrzucone) nie ma szans na wzrastanie.

Dlatego też Krwawy południk konstrukcyjnie przypomina biblijną parabolę. Mamy w nim delikatne rysy bohaterów, których przez większość czasu można rozpatrywać w kontekście dwuwymiarowym, treść jest bowiem pozbawiona wnikliwych opisów motywacji, a historia sporadycznie opuszcza płaszczyznę „tu i teraz”, niemal nie dostarczając retrospekcji. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nie wiemy o nich praktycznie nic, oglądamy tylko poszczególne czyny w czasie rzeczywistym, a nawet gdy to swoiste oderwanie od teraźniejszości schodzi na plan dalszy, trudno powiedzieć, czy przywoływaną przeszłość można traktować jako prawdziwą, ponieważ bliżej jej do legendy, bajania starców przy ognisku, niż faktycznego podania o losach postaci. Konstrukcja naprawdę zmyślna, szczególnie gdy przyjrzymy się fabule, która (jak to w przypowieści) jawi się banalnie, przez co czytelnik jest prowadzony jak po sznurku, od punktu A do punktu B. Z tymże co odważniejsi spróbują zejść z tej drogi, a poza nią czeka rozległa pustynia, pełna zła w czystej postaci i czyhających na bezbronny umysł fatamorgan.

Za jedne z takich mar uznać można Dzieciaka oraz sędziego Holdena. Na początku opowieść poznajemy z perspektywy tego pierwszego, towarzyszymy mu w podróży po ucieczce z domu od ojca alkoholika. Już wtedy widać, że tego nastolatka fascynuje niegodziwość, że woli przemoc od ciężkiej pracy. Z dnia na dzień zło zapuszcza w nim coraz mocniejsze korzenie, a pożywką stają się mniejsze i większe występki. Sędzia dostrzega to po pierwszym spojrzeniu na chłopca, dlatego też ich losy splatają się nierozerwalnie. Obydwoje trafiają do tej samej grupy najemników, gdzie „szlachetne” zadanie zabijania Indian zmienia się w pochód śmierci, czas terroru. Jeśli na początku oddział kierował się jakimiś zasadami moralnym, to pod koniec nie miał żadnych – liczyła się wyłączcie grabież, rozbój, gwałt, brutalność. McCarthy jest bardzo dosadny w prezentowaniu poszczególnych etapów zezwierzęcenia bohaterów i od momentu dołączenia Dzieciaka do najemników wprowadza ich (oraz czytelników) w stan na kształt amoku, w którym widać masakrę za masakrą, skalp za skalpem. Jest tego tyle i w takim natężeniu, że nie ma chwili wytchnienia, chwili oddechu na to, aby odświeżyć umysł, powstrzymać podchodzący do gardła żołądek, a nad wszystkim wciąż unosi się cień tajemniczego Holdena, który (niczym tlenek węgla) niepostrzeżenie wypełnia coraz większą przestrzeń historii, aby pod koniec, gdy przyjdzie czas stanąć twarzą w twarz z Dzieciakiem, zdominować ją, wznosząc na wyżyny metafizyki i biblijnej apokalipsy.

Zakończenie Krwawego południka sprawia, że zaczyna się przyjmować za pewnik nieuchronność Śmierci, która nie może być godna, ani dobra – jest odrażająca, obła i znajdzie nas wszędzie, aby wciągnąć w swój radosny, ekstatyczny taniec. Dociera wówczas do czytelnika świadomość, jak zmyślnym manipulantem jest McCarthy, jak przerażającą pułapkę zastawił na odbiorców, ponieważ demitologizowanie obrazu Dzikiego Zachodu było niejako maską, magnesem na ciekawskich, który w ostatecznym rozrachunku przyciąga nie w stronę prawdy historycznej, a głębszej (bliskiej istoty Boga) refleksji. Nie da się spokojnie zasnąć po takiej lekturze, nie da się już nigdy wyrzucić z głowy tego mechanizmu działania świata, który McCarthy obnażył i wyciągnął na światło dzienne poprzez swoją przypowieść, poprzez tę pięknie skomponowaną literacką symfonię, która wszystkimi dostępnymi sposobami opowiada o rzeczach ważnych, fundamentalnych. W ten sposób Krwawy południk jest nie tylko arcydziełem amerykańskim, ale i ogólnoświatowym.