Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fragmenty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fragmenty. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 listopada 2011

Premiera & Fragment

Dzisiaj swoją polską premierę miała powieść Suttree, wszystkich zainteresowanych odsyłam więc do księgarń oraz przypominam o trwającym do wtorku konkursie :-)

Zapraszam również do wysłuchania fragmentu Drogi w interpretacji Krzysztofa Gosztyły:

poniedziałek, 17 października 2011

Suttree - fragment

Drogi przyjacielu, teraz, w tej niewyraźnej, nie znającej zegara miejskiej godzinie, kiedy czarne jezdnie parują po przejeździe polewaczek, i teraz, gdy pijacy i bezdomni chronią się gromadnie pod ścianami domów w zaułkach albo na opuszczonych parcelach, i kiedy smukłe kocury z wyprężonymi grzbietami krążą po swoich ponurych rewirach, teraz, w tych czarnych od sadzy, ceglanych albo kamiennych korytarzach, gdzie cienie drucianych siatek układają się w gotycką harfę na piwnicznych drzwiach, nie postanie noga innego człowieka prócz ciebie.

Stare, nieprzeniknione przez słońce, deszcz i śnieg kamienne mury, osadzone w rozstępach skamieniałych kości, wapienne skarabeusze pofałdowane na dnie owego dawnego środziemnomorza. Smukłe, ciemne drzewa, tam, za żelaznym ogrodzeniem, gdzie umarli pilnują swojej małej metropolii. Dziwna marmurowa architektura, stela, obelisk, krzyż i niewielkie, wygładzone przez deszcz nagrobki, na których z biegiem lat zacierają się nazwiska. Ziemia pełna wyrobów producentów trumien, pokrytych kurzem szkieletów, zetlałego jedwabiu i trumiennych ubrań, splamionych wydzielinami gnijących ciał. Dalej w niebieskim świetle latarni biegną w ciemność tory tramwajowe, zakrzywiające się w tombakowym zmierzchu niczym kogucie ostrogi. Stal powoli oddaje nagromadzone za dnia ciepło — wyczuwasz je nawet przez podeszwy butów. Mijasz magazyny z falistej blachy, idziesz krótkimi, piaszczystymi uliczkami, gdzie zepsute auta stoją markotne na piedestałach z pustaków. Przez gąszcz sumaka, szkarłatki i zwiędłego kapryfolium wychodzisz na pofałdowany, gliniasty nasyp kolejowy. Szare pnącza na tej północnej półkuli są zwinięte w lewo; ta sama siła, która je wykręca, kształtuje też muszlę trąbika. Spod żużlu i cegieł wykiełkowały chwasty. Gdzieś w pobliżu w samotnym zatraceniu ryknęła w nocne niebo koparka parowa. Tu przejdź na drugą stronę. Tam gdzie krzyżownice i tory na podkładach, a lokomotywy pokasłują niczym lwy w mroku stacji rozrządowej. Do mroczniejszego miasta, mijasz oślepione kamieniami latarnie, dymiące, pochyłe chaty, porcelanowe psy i stare, pomalowane opony, w których rosną brudne kwiaty. Idziesz po porozdzieranych dziurami chodnikach, widzisz powolny kataklizm zaniedbania, zwieszające się półkolami druty, biegnące pod gwiazdami od słupa do słupa, obwieszone sznurkami od latawców i poobtłukiwanymi butelkami, przypominającymi krawaty, albo dziecięcymi zabawkami. Obozowisko potępieńców. W tej dzielnicy mogą się nawet czaić ociekający ropą trędowaci bez dzwoneczków na szyjach. Ponad upałem i nieprawdopodobnym widokiem miasta na tle nieba wzeszedł mosiężny księżyc, przed którym chmury uciekają jak rozwodniony atrament. Budynki, którymi ostemplowana jest noc, przypominają fortecę, broniącą wstępu do leżącego dalej zapomnianego świata, podobnie jak zapomniane zostało ich pierwotne przeznaczenie. Wieśniacy wędrują tutaj wiele mil, a potem w oblepionych błotem butach przesiadują całymi dniami na rynku jak niemowy. Tego miasta nie zbudowano według żadnego znanego wzorca, dlatego jego skundlona architektura obejmuje całą historię dzieł ludzkich rąk w krótkim streszczeniu opowieści o aberracji, chorobie i szaleństwie. W dolinie rzeki, do której spływa życiodajna woda z całej okolicy, rozpoczął się właśnie karnawał cieni.

Fabryczne mury ze starych, ciemnych cegieł, zarośnięte tory bocznicy kolejowej i ohydny niebieski rynsztok, w którego nurcie kołyszą się czarne włókienka bezimiennych nieczystości. W zardzewiałych framugach okiennych gdzieniegdzie tkwią wśród szyb kawałki blachy. W kloszu latarni, tam gdzie przeszył go kamień, widać dziurę w kształcie księżyca, przez którą na spotkanie nie kończącej się spirali ciągnących ku górze owadów wciąż pada słaby deszczyk takich samych owadzich form, spalonych i bez życia.

Tutaj, u ujścia strumienia, pola sięgają rzeki. Muł tworzy deltę, wyłaniając się spośród bogatych aluwialnych złóż zakonserwowanych kości i straszliwego śmietniska — kupy desek, kondomów, obierków, starych puszek, słoików i zepsutych urządzeń domowego użytku, które pochodząc z gnojowiska równin, stanowią drogowskazy w tych pozbawionych szlaków dolinach, opanowanych przez dementia praecox. To świat poza wszelką fantazją, złośliwy, realny i jedyny w swoim rodzaju; przepalone żarówki niczym obdarte ze skóry polipy, półprzezroczyste, w kolorze nagiej czaszki, sterczą ślepo nad ziemią, tu i ówdzie widać widmowe oka oleju maszynowego, a od czasu do czasu wyrzucone na brzeg cuchnące ludzkie embriony, rozdęte niczym gardziele piskląt, o szeroko otwartych, niewidzących oczach, niebieskawych albo matowoszarych. Dalej w ciemności rzeka sączy się leniwie ku morzom południowym, spływając w dół pośród zbombardowanej deszczem kukurydzy, skromnych zbiorów i uprawianych na rzecznym ile ogrodów tutejszych gospodarzy, przez cały czas ścierając się przy brzegach na kropelki drobniutkie niczym mączka kostna, rzeka wyładowana przeszłością jak pociąg, ze snami i marzeniami rozproszonymi gdzieś w wodzie, gdzie nigdy nic nie ginie. Pływające domy, barki, na których mieszkają ludzie, kołyszą się na cumach. Odpływowy muł przybrzeżny, żeberkowany, a zarazem gładki, wygląda jak zapadły bok jakiegoś olbrzymiego, powalonego zwierzęcia, dalej zaś ląd rozciąga się na południe i w stronę gór. Myśliwi i drwale, nie zdejmując butów, kładli się tu niegdyś spać wokół tysięcy dogasających ognisk, a potem ruszali dalej, nasi starsi teutońscy przodkowie o oczach rozpalonych wizjonerskim blaskiem potężnej pazerności, napływający kolejnymi falami okrutników i szaleńców o głowach pełnych bezskojarzeniowych analogii do całej ludzkiej przeszłości, szczupli Aryjczycy ze swoją unieważnioną już dziś semicką książeczką, wciąż na nowo odgrywający zawarte w niej dramaty i parabole, bezmyślni, bladzi i udręczeni pragnieniem, które mogłoby uśmierzyć jedynie ponowne pogrążenie się świata w pierwotnych ciemnościach.

Znaleźliśmy się w osobnym świecie w świecie. Tu, na tej obcej ziemi, wśród wydzielających trujące wyziewy ścieków i płodozmianowych nieużytków, które uczciwi obywatele oglądają ze swoich przedziałów albo samochodów, snują marzenia istoty prowadzące zupełnie inne życie. Ludzie zdeformowani, czarnoskórzy albo obłąkani, w ucieczce przed wszelkim porządkiem, obcy w każdym kraju.

Noc jest spokojna niczym obóz przed bitwą. Nieznane stworzenie szykuje się do ataku, ale nie wiadomo, czy nadejdzie z lasu, czy raczej od morza. Mularze otoczyli miasto murami, bramy są zamknięte, ale spójrz tylko, bestia jest już w środku — czy zgadniesz, jaką ma postać? Gdzie jest przetrzymywana i jakie ma oblicze? Czy jest to tkacz, zakrwawione czółenko, wystrzelone przez dziurę czasową, czy gręplarz, który wyrywa ludzi z drzemki świata? A może to raczej jakiś myśliwy z psami? Albo woźnica, którego wóz śmierci ciągną szkielety koni i który na każdej ulicy oznajmia głośnym okrzykiem, jakim rzemiosłem się para? Drogi przyjacielu, nie będziemy się nad nim zastanawiać, bo właśnie takie stworzenia go tu zaprosiły.

Reszta naprawdę jest milczeniem. Zaczął padać deszcz. Lekki letni deszczyk, widzisz, jak zacina z ukosa w światłach miasta. Rzeka spoczywa w kielichu ciszy i spokoju. Stąd, z mostu, świat w dole wydaje się darem prostoty. Ciekawy, tylko tyle. Niżej w grotach upadłego światła sunie po bruku z kamienia na kamień kot, przypominający plamę płynnej czerni, jakby przyszytą do własnego gwałtownie odwróconego odbicia na ciemnej od deszczu ulicy i znikającą po chwili jako kot i kontrkot pośród spękanych murów. Daleko w dole rzeki widać słabą letnią błyskawicę. Nad zachodnim światem podnosi się kurtyna. Drobny deszczyk sadzy, martwych żuków i kosteczek niewiadomego pochodzenia. Publiczność siedzi w pajęczynie kurzu. W pustych oczodołach jednego z aktorów śpią pająki, a nad sceną jak mucha wisi to, co pozostało z powieszonego błazna: wahadło z kościotrupa w pstrokatym kostiumie. Po deskach tu i ówdzie przemykają czworonożne cienie. Przetrwają tylko prymitywniejsze, brutalniejsze formy życia.

Fragment powieści Suttree Cormaca McCarthy’ego. Przełożył Maciej Świerkocki. Wydawnictwo Literackie 2011.

czwartek, 3 lutego 2011

W ciemność - fragment

Przeszedł obok niej i postawił wiadro na stole. Podniosła dłoń do ust, przyglądając mu się szeroko otwartymi oczami. Włożył czerpak do wiadra i napił się wody, po czym otarł wargi i zmierzył ją spojrzeniem.

Culla...

Czego chcesz, do cholery?

Chciałam się tylko spytać, gdzie to jest.

Twarz wykrzywił mu grymas, a jego oczy zwęziły się w szparki.

Znaczy się co?, zapytał.

Nerwowo pocierała ręce.

Chciałam się tylko dowiedzieć, gdzieżeś go pochował...

W ziemi.

No to tak sobie właśnie pomyślałam, że jakbyś mi pokazał gdzie, to mogłabym pójść zobaczyć... I może położyć tam kwiatki albo co...

Kwiatki, powiedział. Przecie dzieciak nie ma nawet imienia.

Znowu zaczęła pocierać ręce, a on odszedł od stołu, o który się opierał, i minął ją w drodze do wyjścia.

Culla...

Zatrzymał się przy drzwiach i spojrzał na nią. Nawet nie odwróciła głowy w jego stronę.

Moglibyśmy dać mu jakieś imię, powiedziała.

To dziecko umarło, odpowiedział. Nie daje się imion umarłym.

Odwróciła się z wolna.

Nic by to nikomu nie szkodziło.

Niech cię szlag, odrzekł. Dobrze, kwiatki, jak chcesz.

Pokażę ci gdzie.

Szybko przeszedł przez smaganą wiatrem, nasłonecznioną polankę, jakby niepomny tego, że siostra kuśtyka za nim, i przystanął dopiero na skraju lasu, gdzie zaczynała się ścieżka, żeby mogła go dogonić, choć nie odwrócił się nawet, by popatrzeć na jej dziecięcą postać, idącą ku niemu z trudem niczym utykająca marionetka. Potem wskazał jej drogę. Najpierw przejdź przez kładkę, powiedział. A potem w prawo. Będzie druga polanka i kalinowa kępa. Zobaczysz ją z daleka.

Poszła więc, z radością, zarumieniona, drepcząc przez las i zbierając kwitnące jeszcze nieśmiało dzikie kwiaty, które rosły w ziemi pokrytej tu i ówdzie słonecznymi plamkami, na wpół otulone zeszłorocznymi liśćmi i w feerii swych skromnych kolorów spoglądające gniewnie na bezbarwne marcowe niebo. Ściskając w rękach bukiecik, weszła wreszcie na trawiastą polankę, w słońce i ćwierkanie ptaków, i ze spokojem, uczciwością i szlachetnością w sercu przystanęła przed kopczykiem czarnej, spękanej ziemi.

Wrodzona podejrzliwość kazała jej przyjrzeć się kopczykowi bliżej i wtedy coś ją zastanowiło: ta świeżo wykopana mogiła, pokryta z wierzchu mierzwą oraz białawymi, przypominającymi ślimaki korzonkami, wyszarpanymi na zabójcze dla nich światło, mogła niewątpliwie kryć nawet ciało dorosłego człowieka. Uklękła powoli, cała obolała, i położyła kwiaty na grobie. Trwała tak przez pewien czas, po czym pochyliła się i dotknęła chłodnej ziemi. Po chwili zaczęła ją rozkopywać rękami.

Na głębokości zaledwie kilku cali natrafiła na twardą glinę i nieruszone korzenie. Zaczęła kopać obok, lecz tu z kolei natknęła się na kamień, a po oczyszczeniu z ziemi, w ukośnych promieniach zachodzącego słońca pokazały się na nim ślady uderzeń siekierą, która gdzieniegdzie trochę go nawet wyszczerbiła.

Rzucała już długi cień, ale nie zwracała na to uwagi. Wstała, odwróciła się i wpadła prosto w jego ramiona. Krzyknęła przeraźliwie, zachwiała się i osunęła na ziemię, miażdżąc zebrane kwiaty. Znów zaczęła krwawić, poczuła ciepło na nodze. Tak, to był on: klęczał na czarnej ziemi i krzyczał na nią, wykrzywiając twarz: I co żeś narobiła?! Co żeś narobiła najlepszego? Twarz kobiety pozostawała łagodna i nieprzenikniona, tylko w jej oczach malowało się tak niebotyczne zdumienie, że mężczyzna przez pomyłkę uznał ich spojrzenie za oskarżycielskie, dostrzegając w nim ciche, ale nieodparte kobiece przekleństwo, w końcu wstał więc i uciekł, wznosząc nad głową zaciśnięte pięści, jak gdyby wygrażał milczącemu, smaganemu wiatrem niebu, a zarazem błagał je o litość.

Fragment powieści W ciemność Cormaca McCarthy'ego. Przełożył Maciej Świerkocki. Wydawnictwo Literackie 2011.

Recenzja.

czwartek, 30 września 2010

Strażnik sadu - fragment

Świt. Pola dymiące spod ławic mgły, drzewa białe jak kości. Szare zarośla, jakby metalicznie twarde wśród porannej wilgoci. Po przedniej szybie mknęły paciorki wody, więc Sylder włączył wycieraczki, a potem patrzył, jak opadają w powolnym geście błogosławieństwa, i właśnie przecierał szybę grzbietem dłoni, gdy prawa tylna opona głucho eksplodowała, miękko klapnęła o asfalt i auto stanęło.

Dopiero po fakcie zdał sobie sprawę, że pasażer mógł wcześniej chwycić rączkę lewarka, ale odczekał, aż on sam wyciągnie lewarek spod auta i mu go poda, każąc schować do bagażnika. Uzmysłowił też sobie, że tamten o ułamek sekundy pomylił się co do tego, ile jemu, Sylderowi, potrzeba czasu, żeby się schylić i uderzeniem nadgarstka wcisnąć dekiel z powrotem w felgę. Choć więc nie widział, co się dzieje z tyłu, ani nie dostał żadnego sygnału ostrzegawczego, zdążył zrobić półobrót i już zaczynał się prostować, gdy lewarek trafił go w ramię, przygważdżając do boku samochodu. Coś grzmotnęło tuż obok jego głowy w boczny płat nadwozia i ten moment także zapamiętał, ale dopiero później zorientował się, że musiała to być podstawa lewarka. Za drugim razem też nie zrobił uniku, lecz osunął się po drzwiach, kiedy tamten z rozmachem uderzył z boku (teraz Sylder już go obserwował), wybijając w blasze szczerbatą dziurę. Marion siedział na ziemi z głową opartą o drzwi, z ręką bezwładną jak złamane skrzydło i patrzył w górę — jeszcze bez oburzenia, tylko ze zdumieniem — na pochyloną nad nim postać. Lecz gdy pasażer wyrwał trzonek lewarka z przedziurawionej karoserii, Sylder podniósł rękę i mając wrażenie, że robi to bardzo wolno, położył dłoń na lewarku i tym samym powolnym ruchem zacisnął wokół niego palce. Pasażer spoglądał na niego z góry, a Marion w stopniowo wzbierającym świetle, które gromadziło się i zawisało między połyskiem lakieru auta a blednącym pyłem drogi, dostrzegł w jego twarzy strach, wryty w nią i wrośnięty jak fizyczna ułomność. Trwali tak przez kilka sekund — jeden na ziemi, drugi pochylony nad nim — i trzymali lewarek za oba końce, jakby znieruchomieli, podając go sobie z ręki do ręki. A potem Sylder wstał, wciąż tym lunatycznie spowolnionym ruchem, jak gdyby sam czas był już na wyczerpaniu, i zobaczył, że napastnik obraca się z mozołem, jakby poruszał się w cieczy gęstszej niż woda, z męczeńską powolnością. I wtedy lewarek padł skosem na ziemię, posłuszny dogorywającym siłom grawitacji, i wolno odbił się od drogi, wymknąwszy się Marionowi z ręki, nagle ciężkiej jak ołów, która uniosła się sztywnym łukiem, a palce rozcapierzyły się niczym obnażone kocie pazury i wbiły w wątłą szyję przeciwnika. Ten próbował rzucić się do ucieczki, ale nie oddalał się ani o milimetr, jak w koszmarnym śnie.

Nie wiedział, czy sam runął twarzą w dół, czy to tamten upadł, pociągając go za sobą. Leżeli na drodze, pasażer nosem w pyle, a Sylder na nim, przez chwilę nieruchomi jak odpoczywający kochankowie. Sylderowi przy każdym oddechu przebiegał skosem z ramienia do płuc jakby prąd, który pozbawiał go tchu. Nie przestając ściskać dłonią gardła tamtego, przesunął się nieco wyżej i szepnął mu na ucho:

No i co nic nie gadasz, skurwielu? Zapomniałeś języka w gębie?

Trząsł jego głową, ale pasażer nakrył ją obiema dłońmi i wyglądał, jakby bez reszty pochłonął go widok kamyczków nawierzchni. Sylder rozluźnił palce i przesunął nimi wśród fałd jego szyi, aż sięgnął krtani. Pasażer przez kilka minut nie reagował, a potem nagle przekręcił się na bok, splunął Sylderowi w twarz i spróbował się wyrwać. Sylder potoczył się razem z nim, a kiedy tamten legł na wznak, przygwoździł go i siadł na nim okrakiem. Ręka zwisała mu bezwładnie ze złamanego barku niczym powróz. Przesunął się do przodu i podłożył pasażerowi nogę pod głowę. Wyglądał przy tym jak zwalista pielęgniarka opatrująca rannego. Wepchnął potylicę leżącego w zgięcie własnej nogi, wyprostował rękę, po czym całym ciężarem i siłą docisnął szyję pasażera, którego bezkostna, zdawałoby się, twarz kilkakroć drgnęła, nie zmieniając jednak wyrazu: była wciąż tą samą gumiastą maską trwogi, niemą i niczego nie pojmującą. Żuchwa raz po raz opadała, ale nie jak na zawiasach, tylko jak gruda odpadków, wstrętnych resztek, rozsypująca się i osuwająca powolnymi fałdami na rozcapierzoną dłoń Mariona, który po chwili zdał sobie sprawę, że pasażer próbuje go ugryźć, i wydało mu się to tak zabawne, że parsknął chrapliwym śmiechem. W końcu tamten położył mu dłonie na ręce, a ich opuchnięte palce, pełznące po jego dłoni i nadgarstku, przypominały oseski oposa, które Sylder kiedyś widział, ślepe i różowe.

Długo tak go trzymał. Całkiem jakby człowiek wyciskał ropnia, pomyślał. Po pewnym czasie pasażer spróbował coś powiedzieć, ale z jego ust wydobył się tylko bulgot. Sylder przyglądał mu się z fascynacją, wręcz zahipnotyzowany, patrząc, jak tamten mruga powiekami i wywala język. Potem rozluźnił chwyt, a pasażer wytrzeszczył oczy.

O Jezu, wysapał. Panie Jezu, tylko mnie puść.

Sylder pochylił się i z twarzą przy jego twarzy powiedział półgłosem: Lepiej poproś kogoś, do kogo masz bliżej. I wtedy poczuł swój bark, widząc, że tamten właśnie tam patrzy. Kiedy wgniótł mu kciuk w tchawicę, zapadła się jak uschłe sitowie. Pasażer zdołał podnieść rękę i z zamkniętymi oczami zaczął go bić po twarzy i piersi. Sylder też zamknął oczy i wtulił twarz w ramię, robiąc unik przed coraz gwałtowniejszymi ciosami, które po chwili jednak spowolniały, aby wreszcie całkiem ustać. Kiedy Sylder podniósł powieki, pasażer gapił się na niego jak sowa, a z otwartych ust wystawał mu koniuszek języka. Marion rozluźnił chwyt i wtedy palce same mu się skurczyły, zwijając się w szponiastą łapę, podobną do martwego pająka. Usiłował ją rozewrzeć, ale nie mógł. Jeszcze raz spojrzał na leżącego mężczyznę i oto czas ruszył z miejsca, nadrabiając straty, żeby przywrócić wskazówkom wszystkich zegarów właściwe położenie.

Tamten nie żył może od kwadransa. Sylder chwiejnym krokiem podszedł do samochodu, usiadł na stopniu nadwozia i bez zmrużenia patrzył w mosiężne oko słońca, ociężałe i nierzeczywiste nad czerwonymi wzgórzami, póki nie stracił przytomności.

Fragment powieści Strażnik sadu Cormaca McCarthy’ego. Przełożył Michał Kłobukowski. Wydawnictwo Literackie 2010.

Recenzja.

piątek, 17 września 2010

Droga - fragment

Obudził się zimną nocą w lesie, wyciągnął rękę i dotknął śpiącego obok dziecka. Noce ciemniejsze od ciemności, każdy nowy dzień bardziej szary od poprzedniego. Jakby to był atak jakiejś lodowatej jaskry, zacierającej obraz świata. Jego dłoń wznosiła się i opadała łagodnie wraz z każdym bezcennym oddechem. Odgarnął foliową plandekę, podźwignął się w cuchnącym ubraniu i kocach, spojrzał na wschód w poszukiwaniu jakiegokolwiek światła, ale żadnego nie było. We śnie, z którego właśnie się ocknął, dziecko zaprowadziło go za rękę do pieczary. Światło lampy zatańczyło na mokrej polewie naciekowej. Byli niczym pielgrzymi z podań, połknięci przez jakąś granitową bestię, zagubieni w jej wnętrznościach. W głębokich żłobinach kapała i szemrała woda, bez ustanku wybijając w ciszy minuty i godziny ziemskiego czasu, dni i lata. Wreszcie stanęli w wielkiej kamiennej sali, gdzie leżało pradawne czarne jezioro. A na przeciwległym brzegu czekał stwór, który podniósł znad marmitu ociekającą wodą paszczę i łypnął ku światłu martwymi mlecznymi ślepiami, podobnymi do jaj pająków. Zakołysał łbem nad taflą, jak gdyby chciał wchłonąć woń tego, czego nie mógł zobaczyć. Przycupnął tam, blady, nagi, półprzezroczysty, rzucający na skały cień swych alabastrowych kości. Flaków i bijącego serca. Mózgu, który pulsował w matowym szklanym kloszu. Zabujał łbem na boki, stęknął grubym głosem, a potem odwrócił się i pomknął bezszelestnie susami w mrok.

O pierwszym brzasku wstał i zostawiwszy śpiącego chłopca, wyszedł na drogę, gdzie przysiadł i zaczął obserwować teren na południu. Jałowa, cicha, zapomniana przez Boga kraina. Sądził, że jest październik, ale pewności nie miał. Od lat nie prowadził kalendarza. Zmierzali na południe. Tutaj nie przetrwaliby kolejnej zimy.

Gdy rozwidniło się na tyle, że mógł użyć lornetki, zlustrował dolinę leżącą poniżej. Świat zacierał się w półmroku. Nad asfaltem przetaczały się rozrzedzone kłęby miałkiego popiołu. Obserwował uważnie wszystko, co było widoczne. Odcinki szosy w oddali, pośród uschniętych drzew. Wypatrywał jakichkolwiek kolorów. Ruchu. Smug wznoszącego się dymu. Opuścił lornetkę, ściągnął z twarzy bawełnianą maskę i wierzchem dłoni wytarł nos, a potem znów zaczął obserwować okolicę. Później po prostu siedział, trzymając w ręku lornetkę, patrząc, jak popielaty dzień gęstnieje nad ziemią. Wiedział tylko, że dziecko to jego racja bytu. Powiedział: Jeśli nie jest słowem Bożym, to Bóg nigdy nie przemówił.

Gdy wrócił, chłopiec wciąż spał. Zdjął z niego niebieską plandekę, złożył ją, wyniósł na dwór i spakował do wózka sklepowego, następnie wziął talerze, parę ciasteczek z mąki kukurydzianej i syrop w plastikowej butelce. Rozpostarł na ziemi małą folię, która służyła im za stół, rozstawił wszystko, a potem wyjął rewolwer zza paska i położył go na folii, w końcu usiadł i patrzył na śpiące dziecko. Ściągnęło w nocy maskę, która zagrzebała się w koce. Przyglądał się chłopcu, zerkając raz po raz na drogę między drzewami. To nie była bezpieczna kryjówka. Teraz, za dnia, mogli zostać wypatrzeni z szosy. Chłopiec obrócił się w kocach. A potem otworzył oczy. Cześć, tatusiu, powiedział.

Jestem przy tobie.

Wiem.

Fragment powieści Droga Cormaca McCarthy'ego. Przełożył Robert Sudół. Wydawnictwo Literackie 2008.

poniedziałek, 13 września 2010

Krwawy południk - fragment

Odkąd rozpadał się deszcz, a padał już od dwóch tygodni, wielebny Green występował codziennie przed pełną salą. Gdy dzieciak zanurkował pod połę namiotu z nędznego płótna, wewnątrz było jeszcze trochę wolnego miejsca przy ścianie, dla jednej może dwóch stojących osób, i tak przenikliwy smród mokrych i niemytych ciał, że ludzie ciągle wybiegali na zewnątrz, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza, po czym ulewa zapędzała ich z powrotem do środka. Stanął razem z innymi podobnymi do siebie przy tylnej ścianie. Z tłumu wyróżniałoby go tylko to, że nie był uzbrojony.

Bliźni moi, mówił wielebny, człowiek ten nie umiał trzymać się z dala od gniazd rozpusty, rozpusty, rozpusty, po trzykroć rozpusty, tutaj w Nacogdoches! Powiadam mu: zabierzesz tam Syna Bożego ze sobą? On na to, że nie, o nie. A ja: nie wiesz, że powiedział, że będzie z tobą po sam kres twojej ziemskiej wędrówki?

E tam, odparł mi, nie proszę się nikogo, żeby gdziekolwiek ze mną łaził. A ja mu na to: bliźni mój, nie musisz wcale prosić. On będzie z tobą przez cały czas, czy poprosisz, czy nie. Mówię: bliźni mój, nie możesz się Go wyrzec. On jest z tobą. Czy chcesz więc zaciągnąć Go, Syna Bożego, do onego gniazda rozpusty?

Widziałeś gdzie kiedy taki deszcz?

Dzieciak patrzył na wielebnego. Teraz odwrócił się do mężczyzny, który się odezwał. Miał długie wąsy na modłę woźniców i kapelusz z szerokim rondem i o niskiej okrągłej główce. Był lekko zezowaty i patrzył uważnie na dzieciaka, jakby chciał poznać jego opinię na temat deszczu.

Przyjechałem dopiero, powiedział dzieciak.

Tak czy siak, bije na łeb wszystko, co do tej pory widziałem.

Dzieciak kiwnął głową. Do namiotu wszedł ogromny mężczyzna w płaszczu z ceraty. Zdjął kapelusz. Był łysy jak kolano i nie miał śladu zarostu, brwi nad oczami ani rzęs. Wzrost około dwóch metrów. Stał, paląc cygaro w wędrownym domu bożym, a kapelusz zdjął tylko po to, by strząsnąć z niego deszczówkę, i teraz włożył go z powrotem.

Wielebny przerwał kazanie. W namiocie zaległa głęboka cisza. Wszyscy patrzyli na przybysza. Ten poprawił kapelusz, a potem przepchnął się do przodu, aż do ambony zrobionej z drewnianej skrzyni, po czym odwrócił się, żeby przemówić do słuchaczy wielebnego Greena. Miał pogodną i osobliwie dziecięcą twarz. I małe dłonie, które wyciągnął przed siebie.

Panie i panowie, uznałem za swoją powinność, by was powiadomić, że człowiek prowadzący to nabożeństwo jest zwykłym oszustem. Nie ma dokumentów duszpasterskich z żadnego ustanowionego ani nowego Kościoła. Nie ma też żadnych kwalifikacji do sprawowania godności, którą sobie przywłaszczył, bo ledwie opanował na pamięć kilka ustępów ze świętej księgi, żeby swoim szalbierczym kazaniom nadać wątły pozór pobożności, którą w istocie gardzi. Prawdę mówiąc, człowiek, który przed wami stoi i podaje się za sługę bożego, to nie tylko zupełny analfabeta, ale też przestępca ścigany prawem w stanach Tennessee, Kentucky, Missisipi i Arkansas.

Święty Boże, krzyknął wielebny, to są łgarstwa, łgarstwa! Zaczął gorączkowo czytać z otwartej Biblii.

Ścigany za rozmaite występki, ostatni dotyczący dziewczynki lat jedenaście — powtarzam, lat jedenaście — która przyszła do niego w dobrej wierze i z którą przydybano go w trakcie zbliżenia, gdy wystrojony był w szaty sługi bożego.

Przez tłum przetoczył się jęk. Jakaś kobieta osunęła się na kolana.

To diabeł, krzyczał wielebny, łkając. To on. Sam diabeł. Stoi przed wami.

Powieśmy to ścierwo, krzyknął paskudny zbir z podestu w głębi.

Niespełna trzy tygodnie wcześniej wygnany został z Fortu Smith w stanie Arkansas za spółkowanie z kozą. Tak, paniusiu, tak właśnie powiedziałem. Z kozą.

Żebym jutra nie doczekał, jeśli nie ukatrupię skurwiela, zawołał mężczyzna z przeciwległej strony. Podnosząc się, wyszarpnął pistolet z cholewy buta, wycelował i strzelił.

Młody woźnica błyskawicznie wyciągnął nóż spod ubrania, rozpłatał bok namiotu i wyszedł na deszcz. Dzieciak skoczył za nim. Mocno przygarbieni, pobiegli przez błoto w kierunku hotelu. W namiocie rozpętała się strzelanina, a przez kilkanaście otworów wyciętych w płóciennych ścianach wysypywali się na zewnątrz wierni: rozwrzeszczane kobiety, potykający się mężczyźni, ludzie wdeptywani w błoto. Dzieciak i jego nowy znajomy dopadli do podestu przed hotelem, otarli deszcz z oczu i odwrócili się, żeby popatrzeć. Gdy tak stali, namiot zaczął się chwiać i zapadać, po czym jak ogromna ranna meduza powoli osiadł na ziemi, wlokąc za sobą po błocie podarty brezent i nędzne odciągi.

Gdy weszli do baru, rosły łysielec już tam był. Przed nim, na wypolerowanym blacie, leżały dwa kapelusze i dwie garści monet. Wzniósł szklankę, ale nie do nich. Stanęli przy kontuarze i zamówili whiskey; dzieciak wyłożył pieniądze, lecz barman odepchnął je kciukiem i wskazał skinieniem głowy.

Sędzia funduje, powiedział.

Wypili. Woźnica odstawił szklankę i spojrzał na dzieciaka, a przynajmniej tak się wydawało, bo trudno było uchwycić jego wzrok. Dzieciak zerknął wzdłuż kontuaru w stronę sędziego. Kontuar był tak wysoki, że niektórzy nie mogli na nim oprzeć łokci, ale sędziemu sięgał ledwie do pasa, więc stał z rękoma położonymi płasko na blacie, lekko pochylony, jakby znów zamierzał przemówić. Przez drzwi wtłoczyli się do środka mężczyźni, pokrwawieni, ubłoceni, klnący. Skupili się wokół sędziego. Skrzyknięto oddział do pościgu za kaznodzieją.

Panie sędzio, skąd pan wie o sprawkach tego łajdaka?

Sprawkach?, spytał sędzia.

Kiedy pan był w Fort Smith?

W Fort Smith?

Gdzie go pan poznał, że pan to wszystko o nim wie?

Chodzi o wielebnego Greena?

Tak. Pewnikiem był pan w Fort Smith, skoro wziął pan i tu do nas przyjechał.

Nigdy w życiu nie byłem w Fort Smith. Wątpię, czy on tam był.

Wszyscy popatrzyli po sobie.

No to gdzie pan na niego wpadł?

Nigdy wcześniej nie widziałem tego człowieka. Nigdy nawet o nim nie słyszałem.

Sędzia podniósł szklankę i wypił.

W barze zapadła dziwna cisza. Mężczyźni przypominali rzeźby z błota. Wreszcie jeden parsknął śmiechem. Potem drugi. Po chwili wszyscy rechotali. Ktoś postawił sędziemu kielicha.

Fragment powieści Krwawy południk Cormaca McCarthy'ego. Tłumaczył Robert Sudół. Wydawnictwo Literackie 2010.

Recenzja.