
Przeszedł obok niej i postawił wiadro na stole. Podniosła dłoń do ust, przyglądając mu się szeroko otwartymi oczami. Włożył czerpak do wiadra i napił się wody, po czym otarł wargi i zmierzył ją spojrzeniem.
Culla...
Czego chcesz, do cholery?
Chciałam się tylko spytać, gdzie to jest.
Twarz wykrzywił mu grymas, a jego oczy zwęziły się w szparki.
Znaczy się co?, zapytał.
Nerwowo pocierała ręce.
Chciałam się tylko dowiedzieć, gdzieżeś go pochował...
W ziemi.
No to tak sobie właśnie pomyślałam, że jakbyś mi pokazał gdzie, to mogłabym pójść zobaczyć... I może położyć tam kwiatki albo co...
Kwiatki, powiedział. Przecie dzieciak nie ma nawet imienia.
Znowu zaczęła pocierać ręce, a on odszedł od stołu, o który się opierał, i minął ją w drodze do wyjścia.
Culla...
Zatrzymał się przy drzwiach i spojrzał na nią. Nawet nie odwróciła głowy w jego stronę.
Moglibyśmy dać mu jakieś imię, powiedziała.
To dziecko umarło, odpowiedział. Nie daje się imion umarłym.
Odwróciła się z wolna.
Nic by to nikomu nie szkodziło.
Niech cię szlag, odrzekł. Dobrze, kwiatki, jak chcesz.
Pokażę ci gdzie.
Szybko przeszedł przez smaganą wiatrem, nasłonecznioną polankę, jakby niepomny tego, że siostra kuśtyka za nim, i przystanął dopiero na skraju lasu, gdzie zaczynała się ścieżka, żeby mogła go dogonić, choć nie odwrócił się nawet, by popatrzeć na jej dziecięcą postać, idącą ku niemu z trudem niczym utykająca marionetka. Potem wskazał jej drogę. Najpierw przejdź przez kładkę, powiedział. A potem w prawo. Będzie druga polanka i kalinowa kępa. Zobaczysz ją z daleka.
Poszła więc, z radością, zarumieniona, drepcząc przez las i zbierając kwitnące jeszcze nieśmiało dzikie kwiaty, które rosły w ziemi pokrytej tu i ówdzie słonecznymi plamkami, na wpół otulone zeszłorocznymi liśćmi i w feerii swych skromnych kolorów spoglądające gniewnie na bezbarwne marcowe niebo. Ściskając w rękach bukiecik, weszła wreszcie na trawiastą polankę, w słońce i ćwierkanie ptaków, i ze spokojem, uczciwością i szlachetnością w sercu przystanęła przed kopczykiem czarnej, spękanej ziemi.
Wrodzona podejrzliwość kazała jej przyjrzeć się kopczykowi bliżej i wtedy coś ją zastanowiło: ta świeżo wykopana mogiła, pokryta z wierzchu mierzwą oraz białawymi, przypominającymi ślimaki korzonkami, wyszarpanymi na zabójcze dla nich światło, mogła niewątpliwie kryć nawet ciało dorosłego człowieka. Uklękła powoli, cała obolała, i położyła kwiaty na grobie. Trwała tak przez pewien czas, po czym pochyliła się i dotknęła chłodnej ziemi. Po chwili zaczęła ją rozkopywać rękami.
Na głębokości zaledwie kilku cali natrafiła na twardą glinę i nieruszone korzenie. Zaczęła kopać obok, lecz tu z kolei natknęła się na kamień, a po oczyszczeniu z ziemi, w ukośnych promieniach zachodzącego słońca pokazały się na nim ślady uderzeń siekierą, która gdzieniegdzie trochę go nawet wyszczerbiła.
Rzucała już długi cień, ale nie zwracała na to uwagi. Wstała, odwróciła się i wpadła prosto w jego ramiona. Krzyknęła przeraźliwie, zachwiała się i osunęła na ziemię, miażdżąc zebrane kwiaty. Znów zaczęła krwawić, poczuła ciepło na nodze. Tak, to był on: klęczał na czarnej ziemi i krzyczał na nią, wykrzywiając twarz: I co żeś narobiła?! Co żeś narobiła najlepszego? Twarz kobiety pozostawała łagodna i nieprzenikniona, tylko w jej oczach malowało się tak niebotyczne zdumienie, że mężczyzna przez pomyłkę uznał ich spojrzenie za oskarżycielskie, dostrzegając w nim ciche, ale nieodparte kobiece przekleństwo, w końcu wstał więc i uciekł, wznosząc nad głową zaciśnięte pięści, jak gdyby wygrażał milczącemu, smaganemu wiatrem niebu, a zarazem błagał je o litość.
Fragment powieści W ciemność Cormaca McCarthy'ego. Przełożył Maciej Świerkocki. Wydawnictwo Literackie 2011.
http://wyborcza.pl/1,75475,9056964,Trzeci_brat_Grimm.html
OdpowiedzUsuńJak zwykle na wyborczej wątpliwej jakości notatka - bo ani tego recenzją ani reflaksjami na temat ksiazki nazwać nie można.
OdpowiedzUsuńPo prostu napisali, żeby było, aby wyszukiwarki indeksowały, a ludzie klikali. Oczywiście powinni sobie podarować takie wypociny, ale taki urok GW ;-)
OdpowiedzUsuń