poniedziałek, 15 listopada 2010

Wywiad dla The New York Times'a

Czy widziałeś kiedyś grzechotnika na pustyni Mojave? – zagaja Cormac McCarthy. Pytanie pada podczas lunchu w Mesilla, ponieważ skryty pisarz stara się sprowadzić rozmowę daleko od prywatnych tematów i chyba sądzi, że historyjka o jego ostatniej podróży jest dobrym kamuflażem. Pisarz, który ukazuje brutalne zachowanie ludzi w straszliwych detalach, rzadko aplikując środki znieczulające w postaci psychologii, woli zachować oficjalny dystans niż zwierzać się. Cormac jest tego rodzaju złotoustym gawędziarzem, który upodobał sobie charakterystyczne ścieżki; pochyla się nad swoim talerzem i prawie jęczy o szczegółach podjętego tematu swoim miękkim akcentem z Tennessee.

Grzechotniki pustyni Mojave mają neurotoksyczną truciznę, prawie taką samą jak kobry, wyjaśnia, jakby udzielał lekcji historii dwukolorowej ewolucji gatunków zwierząt, objaśniając jednocześnie obszary występowania węży na zachodzie. Napotkał grzechotnika podczas samotnej podróży Fordem Pickupem pustą drogą w pobliżu Big Bend National Park. McCarthy nie pisze o miejscach, w których nie był, a odbył już grubo ponad tuzin takich zwiadowczych wypraw do Teksasu, Nowego Meksyku, Arizony, poprzez Rio Grande do Chihuahua, Sonory i Coahuila. Obszerna pustka południowego zachodu służy za metaforę nihilistycznej przemocy w jego przedostatniej powieści Krwawy Południk wydanej w 1985 roku. Ten niezasiedlony, nieprzemierzony teren pojawia się także w Rączych Koniach, najnowszej powieści McCarthy’ego.

To bardzo interesujące, zobaczyć prosto w dziczy zwierzę, które może natychmiast posłać cię do grobu, mówi z uśmiechem. Choć jedyne, które widziałem, a odpowiada temu opisowi, to niedźwiedź Grizzly na Alasce. Jest to bardzo dziwne uczucie, ponieważ nie ma ogrodzenia i zdajesz sobie sprawę, że kiedy znudzi się gonieniem świstaków, może ruszyć w innym kierunku, na przykład twoim.

Zachowując pełen szacunku dystans do grzechotnika, szturchając go patykiem, zepchnął go w trawę i odjechał. Dwóch strażników parku, których spotkał później tego samego dnia, wydawało się niechętnych do pogawędki o zabójczych żmijach, które żyją spokojnie między turystami. Ale jeden z nich w końcu powiedział: Nie wiemy jak bardzo niebezpieczne są. Nigdy nikogo nie ugryzły. Po prostu przypuszczamy, że nie przeżyłby pan.

Gdy skończył opowiadać, z jednym z tych jego typowych chichotów, anegdotka nabrała bardziej żartobliwego tonu, niż jadowite dzieła McCarthy’ego, ale zawiera te same elementy. Pełne napięcia spotkanie w opuszczonym krajobrazie, czarny humor w obliczu stanięcia twarzą w twarz z faktami i niezła szansa na bolesny zgon. Każda z jego poprzednich powieści była naznaczona intensywnymi obserwacjami natury, rodzajem ponurego realizmu. Jego bohaterowie są często odludkami – są pozbawieni środków do życia, opryszkami lub i to i to. Bezdomni albo pomieszkujący w opuszczonych ruderach bez prądu, radzą sobie w głuszy wschodniego Tennessee lub konno na suchym, pustym stepie lub pustyni. Śmierć zjawia się często, sięgając po bohatera z otwartego nieba, nagle zostawiając go z poderżniętym gardłem lub kulą w twarzy. Otchłań może otworzyć się w każdej chwili, kiedy pomylisz kroki.

McCarthy ceni sobie dzicz (zwierzęta, krajobraz, ludzi) i pomimo, że jest pięćdziesięcioośmioletnim dobrze urodzonym, dobrze wychowanym, oczytanym mężczyzną, spędził większość dorosłego życia przy kempingowym ognisku. Ciężko mi przywołać na myśl innego z głównych amerykańskich pisarzy, który mniej uczestniczyłby w książkowym półświatku. Nigdy nie uczył jak pisać, nigdy nie czytał publicznie swoich powieści, nie napisał notatki na tył swojej książki, nie daje wywiadów. Żadna z jego powieści nie sprzedała się w więcej niż 5 000 kopii w twardej oprawie (sytuację zmieniły dopiero Rącze konie i późniejsze powieści – przyp. tłum). Przez większość swojej kariery nawet nie miał agenta.

Ale pomiędzy małym braterstwem pisarzy i profesorów, McCarthy jest nie gorszy od innych, gdyż wychodzi daleko poza proporcje rozpoznawalności lub sprzedaży. Postać kultowa, przez co zwłaszcza na południu i w Anglii, był porównywany z Joyce’m i Faulknerem. Saul Bellow, który siedział w komitecie nagrody MacArthur Fellowship w 1981 roku (tzw. nagroda geniuszy), wychwalał jego całkowicie obezwładniające używanie języka, powołujące do życia i uśmiercające zdania. Historyk i pisarz Shelby Foote powiedział: McCarthy jest pisarzem młodszym niż ja i zachwycam się nim. Przekazałem ludziom MacArthura, że doceni ich tak samo, jak oni docenili jego.

Jako pisarz-mężczyzna, którego apokaliptyczne wizje rzadko kiedy koncentrują się wokół kobiet, McCarthy nie pisze o seksie, miłości czy domowych niesnaskach. Rącze konie, przygodowa opowieść o chłopcu z Teksasu, który jedzie do Meksyku ze swoim przyjacielem, jest niezwykle łagodna jak na Cormaca – coś jak Huck Finn i Tomek Sawyer na koniu. Poważna natura młodych bohaterów i wartka akcja przypominająca wczesnego Hemingwaya, przyniosła McCarthy’emu szersze grono fanów, tym samym zabezpieczając jego męski mistycyzm.

Ale jeśli czegokolwiek mu brakuje w kwestii różnorodności tematów, McCarthy nadrabia przywracając terror i ogrom psychicznego świata z biblijną równowagą, która może wstrząsnąć czytelnikiem. Weźmy którąkolwiek stronę z jego książek – minimalna interpunkcja, bez cudzysłowów, mało przecinków, średników, dwukropków – stylizacja na rozrzucone na stronie wyrazy wzmacnia siłę i precyzyjność słów. Niewyobrażalne okrucieństwo i najprostsze rzeczy istnieją obok siebie. Przykładem niech będzie cytat z Krwawego Południka:

Tego wieczoru, kiedy nadjechali nad zachodnie obrzeża, zgubili jednego ze swoich mułów. Podreptał w dół ściany wąwozu z całą zawartością ich juków, rozmywając się bezdźwięcznie w gorącym, suchym powietrzu i przeniknął przez promienie słońca, cienie, osiągając samotną pustkę, aż zniknął zatonąwszy w zimnej, błękitnej przestrzeni, która na zawsze oczyściła jego umysł z świadomości żywego stworzenia, którym był.

Będąc prawowitym następcą tradycji południowo-gotyckiej, McCarthy jest radykalnym konserwatystą, który ciągle wierzy, że powieść potrafi objąć wszystkie dyscypliny i zainteresowania ludzkości. Zaś swoimi obecnymi wypadami w historię Stanów Zjednoczonych i Meksyku, wyciął sobie samotną drogę do samego serca pełnego przemocy Starego Zachodu. Nie ma nikogo takiego jak on we współczesnej literaturze amerykańskiej: zwarta, nieśmiała jednostka, wysoka na sześć stóp, w kowbojskich butach, poruszająca się z lekkim podskokiem, jak ktoś, kto mógłby być także dobrym tancerzem. Schludny i przystojny, ma celtycko niebiesko-zielone oczy, osadzone głęboko pod wysokim czołem. Wygląda na silnego, emanuje zdrowiem i poezją, mówi Bellow, który opisuje go również jako wciśniętego w siebie.

Jak na takiego zawziętego samotnika, McCarthy jest ujmującą postacią, światowym mówcą, zabawnym, łatwo wybuchającym śmiechem. Inaczej niż jego niepiśmienne postacie, które są oschłe i brutalne, mówi z rozbawiającą, ironiczną manierą. Jego składnia ma relaksującą elegancję, jakby posiadł swobodną kontrolę nad kierunkiem i słusznością myśli. Kiedy nareszcie zgodził się udzielić wywiadu – po długich negocjacjach w Nowym Jorku z jego agentką Amandą Urban z International Creative Management, która obiecała, że nie będzie musiał zgodzić się na to ponownie przez wiele kolejnych lat – wydawał się szczęśliwy z towarzystwa przez te kilka dni.

Od 1976 roku żył głównie w El Paso, które ciągnie się wzdłuż Rio Grande, w poprzek granicy z Juarez w Meksyku. Towarzyski odludek, McCarthy ma wielu przyjaciół, którzy wiedzą, że lubi mieć święty spokój. Kilka lat temu pewna gazeta w El Paso (Herald-Post) wydała obiad na jego cześć. Ostrzegł ich, że nie przyjdzie i faktycznie się nie pojawił. Płyta upamiętniająca wydarzenie wisi teraz w biurze jego prawnika.

Przez wiele lat nie miał ścian, na których mógłby cokolwiek powiesić. Kiedy usłyszał wiadomość o przyznaniu mu nagrody MacArthura, mieszkał w motelu w Knoxville w Tennessee. Takie warunki były jego domem tak rutynowo, że nauczył się podróżować z wysokowatową żarówką w walizce, aby zapewnić sobie lepsze światło do pisania i czytania. W 1982 kupił malutki, wybielony domek z kamienia za centrum handlowym w El Paso. Ale nie zaprosiłby mnie do środka. Renowacje, które zaczęły się kilka lat temu, zostały zatrzymane z powodu braku funduszy. Jest prawie gotowy do zamieszkania, mówi. Sam się strzyże, sam sobie gotuje i sam sobie pierze w pralni.

McCarthy szacuje, że posiada około 7,000 książek, prawie wszystkie w szafkach. Ma więcej intelektualnych zainteresowań, niż ktokolwiek kogo spotkałem w całym swoim życiu, mówi reżyser Richard Pearce, który pozostał jednym z jego nielicznych przyjaciół z branży. Pearce poprosił go o napisanie scenariusza do The Gardener's Son, sztuki telewizyjnej, opowiadającej o morderstwie w młynie w Południowej Karolinie w 1870 roku, popełnionym przez chłopca z problemami i drewnianą nogą. Jak zawsze u Cormaca, amputacja nogi chłopca i jego powolna egzekucja przez powieszenie są momentami, które osiadają w umyśle czytelnika na długo.

McCarthy nigdy nie wykazywał zainteresowania stałą pracą, znamienna cecha, która prawdopodobnie irytowała obie jego byłe żony. Żyliśmy w ubóstwie, mówi ta druga – Annie DeLisle, teraz restauratorka na Florydzie. Przez prawie osiem lat mieszkali w mleczarni na obrzeżach Knoxville. Kąpaliśmy się w jeziorze, wspomina z nostalgią. Ktoś mógł zaoferować dwa tysiące dolarów, aby przyszedł na wykład o swoich książkach, a Cormac odpowiedziałby, że wszystko, co ma do powiedzenia, jest na kartach powieści. Więc jedliśmy fasolę przez kolejny tydzień.

McCarthy woli mówić o grzechotnikach, komputerach molekularnych, muzyce country – o czymkolwiek, byle nie o sobie, czy swoich książkach. Ze wszystkich rzeczy, którymi się interesuje, byłoby ciężko znaleźć cokolwiek czym nie jestem, mruczy. Pisanie jest drogą, drogą na sam dół listy.

Jego wrogie nastawienie do literackiego świata wydaje się zarówno autentyczne (Nauczanie pisania jest stratą czasu) i taktyką na odwrócenie uwagi. Na spotkaniach u MacArthura woli spędzać czas z naukowcami, takimi jak fizyk Murray Gell-Mann i biolog, specjalista od wielorybów, Roger Payne, niż z innymi pisarzami. Jednym z niewielu autorów, których w ogóle poznał, był Edward Abbey, nowelista i ekologiczny entuzjasta. Niedługo przed jego śmiercią w 1989 omawiali plan reintrodukcji wilków na terenach południowej Arizony.

Milczenie McCarthy’ego spłodziło masę legend o jego korzeniach i miejscu zamieszkania. Magazyn Esquire wydrukował niedawno listę plotek, łącznie z tą o jego rzekomym życiu pod wieżą wiertniczą. Suma niezwykłych informacji o wczesnych latach McCarthy’ego była publikowana w notce o autorze w Strażniku Sadu. Notka mówiła, że Cormac urodził się na Rhode Island w 1933, dorastał poza Knoxville, uczył się w prowincjonalnych szkołach, uczęszczał na uniwersytet w Tennessee, który porzucił, aby dołączyć do Sił Powietrznych w 1953 na cztery lata, po czym wrócił na uniwersytet i porzucił go znowu, a powieści zaczął pisać w 1959 roku. Dodajcie daty publikacji jego książek i nagrody, małżeństwa oraz rozwody, narodziny syna w 1962 i przeprowadzką na południowy wchód w 1974 i właściwie jego faktyczna biografia staje się kompletna.

McCarthy to najstarszy syn wybitnego prawnika, związanego z Tennessee Valley Authority, nazywa się Charles Jr., ma pięcioro rodzeństwa. Cormac, gaelicki ekwiwalent imienia Charles, było starym rodzinnym przezwiskiem, nadanym jego ojcu przez irlandzkie ciotki.

Wygląda na to, że został dobrze wychowany, co wyraźnie odcina się od nikczemnych żywotów jego postaci. Wielki biały dom z młodości miał areał i las w pobliżu, a także był wypchany pokojówkami. Byliśmy postrzegani jako bogacze, ponieważ wszyscy ci ludzie wokół nas mieszkali w jedno- lub dwupokojowych chatkach, mówi. To, co działo się w tych budach i w slumsach Knoxville, wydaje się wypełnić jego wyobraźnię bardziej niż cokolwiek, co działo się w rodzinie Cormaca. Powieść Suttree, która opowiada o paraliżującym konflikcie na linii ojciec-syn, wydaje się przez to silnie autobiograficzna.

Nie to mieli na myśli, wspomina McCarthy dziecięce sprzeczki ze swoimi rodzicami. Wcześnie poczułem, że nie będę szanowanym obywatelem. Nienawidziłem szkoły od dnia, w którym postawiłem w niej stopę. Przyciśnięty do wyjaśnienia swojego poczucia alienacji, ma dziwny moment gorącej refleksji: Pamiętam, jak w szkole nauczyciel zapytał, czy ktoś ma jakieś hobby. Byłem jedynym z hobby i interesowałem się wszystkim, co wtedy istniało. Nie było hobby, które by mnie nie fascynowało, wymień cokolwiek, nieważne jak egzotyczne, na pewno to odkryłem i zatraciłem się w tym. Mogłem oddać każdemu jakieś zainteresowanie i zabrać jeszcze czterdzieści albo pięćdziesiąt do domu. Pisanie i czytanie wydaje się być jedynymi zainteresowaniami, których nastoletni McCarthy nigdy nie brał pod uwagę. Dopiero kiedy skończył dwadzieścia trzy lata, odkrył literaturę. Aby zabić nudę Sił Powietrznych, które wysłały go na Alaskę, zaczął czytać w barakach. Pochłaniałem bardzo szybko duże ilości książek, zwierza się dosyć ogólnikowo.

Styl McCarthy’ego zawdzięcza wiele Faulknerowi – ze swoim tajemnym słownictwem, interpunkcją, złowrogą retoryką, użyciem dialektu oraz graficznym zobrazowaniem sensu świata za pomocą tekstu – stanowi ewidentny dług, którego nie możemy zakwestionować. Okropnym faktem jest to, że książki stworzone są z książek, mówi. Życie powieści zależy od tych, które zostały już napisane. Wymienia tych, których uważa za dobrych pisarzy: Melville, Dostojewski, Faulkner. Proust i Henry James nie przemawiają do niego. Nie rozumiem ich, wyznaje. To nie jest literatura. Wielu pisarzy, którzy uważani są za dobrych, moim zdaniem są dziwni.

Jednakże Strażnik sadu, jakkolwiek faulknerowski w swoich schematach, postaciach, języku i strukturze, nie jest pastiszem. Historia chłopca oraz dwóch starszych mężczyzn, którzy przewijają się przez jego młodość, zawiera w sobie sporo ohydy i przygnębiającej atmosfery. Symboliczna narracja osadzona w górzystym Tennessee, przypomina bez cienia sentymentalizmu o zanikającym trybie życia, które kiedyś toczyło się głęboko w lasach. Zamiłowanie do myśliwskich psów, do polowania na szopy, okrasza przeznaczenia postaci, które wędrują nieświadome pokrewieństwa. Chłopiec nigdy nie dowiaduje się, że rozkładające się ciało, które widzi w jamie między liśćmi, może być jego ojcem.

McCarthy zaczął pisać książkę w college’u, a skończył ją w Chicago, gdzie pracował na półetatu w warsztacie. Nigdy nie miałem wątpliwości, co do swojego talentu, zwierza się. Wiedziałem, że potrafię pisać, musiałem tylko zrozumieć, z której strony to ugryźć. W 1961 poślubił Lee Holleman, którą poznał w college’u; owocem związku jest syn, Cullen (który w 1992 studiował architekturę w Princeton). Szybko się rozwiedli, jeszcze niepublikowany pisarz przeniósł się do Nowego Orleanu. Zapytany czy kiedykolwiek płacił alimenty, Cormac parska: Z czego? Wspomina wyrzucenie z pokoju za niepłacenie czynszu (40 dolarów).

Po trzech latach pisania spakował manuskrypt i wysłał do Random House. Erskine edytował McCarthy’ego przez następne dwadzieścia lat i to na zasadzie relacji ojciec-syn, pomimo, że jak sam mówił: Nigdy nie sprzedaliśmy jakiejkolwiek jego książki.

Można odnieść wrażenie, że przez lata McCarthy utrzymywał się z pieniędzy z nagród, które dostał za Strażnika Sadu – włączając w to dotacje od American Academy of Arts and Letters, The William Faulkner Foundation i The Rockefeller Foundation. Niektóre z nich pomogły mu podjąć podróż do Europy w 1967, kiedy to poznał DeLisle, angielską piosenkarkę pop, która została jego drugą żoną. Przez wiele miesięcy mieszkali na Ibizie, gdzie napisał Outer Dark (W ciemność), wydaną w 1968 roku historia dziewczyny poszukującej swojego dziecka – rezultatu kazirodczego czynu swojego brata.

Spojler z zakończenia:

Na końcu swoich niezależnych wędrówek poprzez wiejskie południe, brat staje się świadkiem w jednej z najbardziej odrzucających scen u Cormaca, śmierci dziecka z rąk trzech tajemniczych zabójców w pobliżu ogniska:

Holme dostrzegł błysk ostrza w świetle, który był jak błyszczące kocie ślepia i wrogi, mroczny uśmiech wybuchnął na dziecięcym gardle, po czym otworzył je. Dziecko nie wydało żadnego dźwięku. Wisiało z przeszklonymi oczami niczym mokre kamienie i ciemną krwią płynącą po nagim brzuchu.

Po spojlerze

Dziecię Boże, wydane w 1973 po powrocie do Tennessee, testowało nowe ekstrema. Główny bohater – Lester Ballard – morderca i nekrofil, żyje ze swoimi ofiarami w kompleksie podziemnych jaskiń. Postać ta jest wzorowana na autentycznym zbrodniarzu z Tennessee. McCarthy w jakiś sposób zdołał znaleźć współczucie i poczucie humoru w Ballardzie, nigdy nie prosząc czytelnika o to, aby wybaczył jego zbrodnie. Nie pojawia się w książce żadna socjologiczna ani psychologiczna teoria, która wytłumaczyłaby zachowanie postaci.

W długiej recenzji książki w The New Yorker, Robert Coles nazywa pisarza nowelistą z wyczuciem religijnym, porównując go z greckimi dramaturgami i średniowiecznymi moralistami; w proroczych obserwacjach dostrzega, że Cormac uparcie odmawia skierowania swego pisarstwa w kierunku intelektualnych wymogów naszej ery, nazywając go autorem, którego przeznaczeniem jest być relatywnie nieznanym i często źle interpretowanym.

Większość moich przyjaciół z tamtych dni nie żyje, mówi McCarthy. Siedzimy w barze w Juarez omawiając Suttree, jego najdłuższą, najzabawniejszą książkę, hołd dla świrów, których poznał w brudnych barach w Knoxville. Cormac już nie pije – rzucił szesnaście lat temu w El Paso wraz z jedną ze swoich młodszych dziewczyn. Suttree wygląda na pożegnanie z tamtym okresem. Przyjaciele, których mam, są po prostu tymi, którzy rzucili picie, mówi. Jeśli istnieje jakieś zawodowe zagrożenie dla pisania, to właśnie alkoholizm.

McCarthy tworzył tę powieść dwadzieścia lat. Opublikowano ją w 1979 roku, a głównym bohaterem Suttree jest wrażliwy i dojrzały protagonista, który żyje na łodzi, wędkuje w skażonej rzece i buntuje się przeciw swojemu surowemu, odnoszącemu sukcesy ojcu. Oczywiście w swoim zarozumialstwie bardzo przypomina odludka jakim jest McCarthy. Wielu z zabijaków i pijaków w książce, to hołd do jego niegdysiejszych znajomych. Zawsze byłem zafascynowany ludźmi, którzy prowadzą niebezpieczny tryb życia, mówi. Krążą plotki, że mieszkańcy miasteczka rywalizowali ze sobą o to, aby znaleźć się w powieści.

McCarthy zaczął Krwawy Południk po tym, jak przeniósł się na południowy zachód. Zawsze wierzył, że napisze wielki amerykański western, twierdzi DeLisle, która dwukrotnie przepisała dla niego Suttree na maszynie, całe 800 stron. Mimo wszystko, pozostali przyjaciółmi. Suttree dąży do bycia Ulyssesem, a Krwawy Południk odbija wyraźne echo Moby Dicka, ulubionej książki Cormaca. Szalony łysy gigant, Sędzia Holden, tworzy kwieciste przemowy, jakby w przeciwieństwie do Kapitana Ahaba. Książka bazuje na prawdziwych historycznych wydarzeniach, które rozegrały się w latach 1849-50 (McCarthy nauczył się na potrzeby opowieści hiszpańskiego). Fabuła rozwija się wraz z życiem mitycznej postaci zwanej Dzieciakiem, kiedy podróżuje wraz z Johnem Glantonem. Kolizja pomiędzy rozdmuchaną prozą dziewiętnastowiecznej powieści i nieprzyjemnymi realiami nadaje Krwawemu Południkowi jego dziwny, piekielny charakter. Być może jest to najkrwawsza książka od czasu Iliady.

Zawsze interesował mnie południowy zachód, mówi McCarthy. Nie ma takiego miejsca na świecie, gdzie nie wiedziano by o kowbojach, Indianach i micie Zachodu. Gdy wejdziemy głębiej okazuję się, że książka eksploruje naturę zła i czar przemocy. Strona po stronie, prezentuje regularną i często bezsensowną rzeź, która rozgrywa się pomiędzy białymi, Meksykanami i Indianami. Nie ma żadnych bohaterów w tej wizji Dzikiego Zachodu.

Nie istnieje coś takiego, jak życie bez rozlewu krwi, filozofuje McCarthy. Myślę, że pomysł mówiący o polepszeniu gatunku, tak aby wszyscy mogli żyć razem w harmonii, jest bardzo niebezpieczny. Ci, którzy są nękani takim ideami, są pierwszymi do zaprzedania dusz, a z nimi swojej wolności. Takie pragnienie zniewoli cię i uczyni twoje życie bezsensownym.

Taki drapieżny pogląd na rzeczywistość wydaje się nie akceptować szczodrości filantropii. I znowu, McCarthy zachowuje się nietypowo. Podobnie jak Flannery O'Conner, popiera anachronizmy nowoczesnego życia przeciwko progresowi. Jego sztuka The Stonemason, opowiada historię murzynów z południa. Rozłam rodziny w sztuce odzwierciedla obecny zanik kamieniarstwa jako rzemiosła.

Układanie kamieni jest najstarszym biznesem, stwierdza popijając colę. Nawet prostytucja nie może zbliżyć się do antyku. Kamieniarstwo jest starsze niż cokolwiek, starsze niż ogień. A w ciągu pięćdziesięciu lat, przez hydrauliczny cement, zanika. Myślę, że to interesujące.

Porównywanie wydźwięku i jatki Krwawego Południa ze światem Rączych Koni jest trochę ryzykowane. Główny bohater, John Grady Cole, zostawia swój dom w zachodnim Teksasie w 1949 roku po śmierci dziadka (w trakcie rozwodu rodziców), jednocześnie przekonuje swojego przyjaciela, Lacey’a Rawlins’a, do tego, że powinni wyruszyć do Meksyku.

Dominują dialogi, nie opisy, a komiczna wymiana zdań pomiędzy młodzieńcami ma ponury wydźwięk, jakby ich słowa zostały zredukowane przez wiatr wiejący z pustyni:

Jechali.

Czujesz się czasem zaniepokojony?, zapytał Rawlins.

Czym?

Nie wiem.

Czymkolwiek. Po prostu zaniepokojony.

Czasami.

Jeśli znajdujesz się gdzieś, gdzie nie powinieneś być, to myślę że możesz czuć się zaniepokojony.

Powinienem być gdziekolwiek.

Więc powiedzmy, że byłbyś zaniepokojony i nie wiedział czemu. Czy znaczyłoby to, że znajdujesz się gdzieś, gdzie nie powinieneś być, nie wiedząc czemu?

Co do cholery jest nie tak z tobą?

Nie wiem. Nic. Myślę, że zaśpiewam.

I zaśpiewał.

Opowieść jest liniowa: chłopcy spotykają kowbojów, dołączają do nich nieszczęśni kompani, zostawiają konie w gospodarstwie i lądują w więzieniu – książka wywołuje przedłużające się wrażenie niewinności. Widać też klarowności nowego stylu McCarthy’ego. Pojawia się w niej nawet rozkwitający romans.

Nie doczytałeś jeszcze do końca, zaznacza McCarthy zapytany o niewielką ilość zgonów. Może to być nic więcej jak pułapka, złudzenie konieczne, aby przyciągnąć czytelnika przekonanego o tym, że wszystko będzie dobrze.

Książka stanowi pierwszą częścią trylogii. Część ostatnia zaistniała wcześniej o dziesięć lat jako scenariusz. McCarthy i Richard Pearce bili blisko nakręcenia filmu, Sean Penn wyraził zainteresowanie, ale producenci byli niespokojni co do fabuły, w której centrum stoi związek Johna Grady’ego Cole’a z nastoletnią meksykańską prostytutką.

Knopf ładuje swoje silniki wydawnicze do kampanii, która jak sądzą przyniesie McCarthy’emu zasłużone uznanie. Vintage wyda wznowienie Suttree i Krwawego Południka w nadchodzącym miesiącu, a w krótce pozostałe książki. Jednakże McCarthy nie planuje podróży połączonej ze spotkaniami autorskimi.

Czymś rewelacyjnym w Cormacu jest to, że mu się nie spieszy, zaznacza Pearce. Żyje absolutnie w harmonii ze swoim własnym rytmem i jest bardzo pewien swoich sił. Jeden z przyjaciół Cormaca określa go nawet jako kameleona, zdolnego do dostosowania się do jakiegokolwiek otoczenia i towarzystwa, ponieważ wydaje się być tak pewien tego, co zrobi, a czego nie.

Wszystko jest interesujące, mówi McCarthy. Myślę, że nie nudziłem się ani razu w ciągu pięćdziesięciu lat. Zapomniałem już jak to jest.

Zaszywa się w swoim kamiennym domku lub w motelach. To bardzo bałaganiarski zawód, podsumowuje pisanie powieści. Kończysz otoczony pudłami po butach, wypełnionymi kawałkami papieru. Lubi komputery. Ale nie na tyle, żeby pisać na nich. To wszystko, co chce powiedzieć o swoim procesie twórczym. Nie zdradza, kto przepisuje rękopisy.

Kiedy zaoszczędzi trochę pieniędzy, aby zostawić El Paso, McCarthy prawdopodobnie znów wyruszy w podróż, tym razem na kilka lat do Hiszpanii. Jego syn, z którym ostatnio odnowił silną więź, planuje ożenić się w tym roku. Trzy przeprowadzki są tak dobre, jak ogień, przyznaje, chwaląc bezdomność.

Psychiczny koszt niezależnego życia dla niego i innych, jest trudny do oceny. Świadomy tego, że utalentowani amerykańscy pisarze nie muszą znosić pominięcia i trudów, które przypadły jemu, McCarthy wybrał pozostanie upartym odnośnie warunków sukcesu. Kiedy przypomina sobie, co odeszło z pamięci – tradycje ludzi i język ery przed-modernistycznej – wydaje się być niezmiernie dumny z bycia pisarzem, który niemal przestał istnieć.

Tłumaczyła: Agnieszka Kozub

Cytowane fragmenty w tłumaczeniu własnym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz